Nie ruszyła się. Potrząsnęłam ją za ramię.
Jej głowa opadła, ale oczy pozostały zamknięte. Przyłożyłem palce do jej szyi i wyczułem puls. Wolny, ale wyczuwalny.
Wtedy to usłyszałem. Cichy dźwięk z góry. Płacz.
Szybko posuwałem się, wchodząc po dwa stopnie naraz, krew z mojej ręki rozmazała poręcz. Korytarz był ciemny. Troje drzwi – dwoje otwartych, jedne zamknięte. Płacz dobiegał zza zamkniętych. Na zewnątrz był zamek, zasuwana zasuwka, taka, jaką zakłada się w szopie. Ręce trzęsły mi się tak mocno, że ledwo mogłem ją chwycić. Krew sprawiała, że była śliska. Wytarłem dłoń o płaszcz i spróbowałem ponownie, zasuwając zasuwkę z ostrym, metalicznym zgrzytem.
Pchnąłem drzwi. Pokój był mały i pusty. Materac na podłodze, przykryty cienkim kocem. Okno było zamalowane. A tam, na materacu, leżał Liam.
Spojrzał na mnie oczami zbyt dużymi w stosunku do jego twarzy. Miał zapadnięte policzki. Włosy zwisały mu tłuste i za długie. W dłoni ściskał granatową czapkę baseballową ze znanym logo. Czapkę Danny’ego z liceum.
„Babciu” – wyszeptał. „Przyszłaś”.
Uklęknęłam obok niego. Wpadł mi w ramiona i poczułam, jaki był lekki, jak czułam każdą kość w jego plecach, jak całe jego ciało drżało. „Mam cię” – powiedziałam mu w włosy. „Teraz cię mam”.
Był taki chudy. Cienie pod oczami niczym siniaki. Na zewnętrznej stronie drzwi, ten zamek na zasuwę, lśniący i nowy na tle starego drewna.
„Powiedz mi, co się dzieje” – powiedziałam cicho.
Odsunął się, jego oczy były zaczerwienione. „Derek zamyka mnie tu każdej nocy. Kiedy wraca do domu, wpuszcza mnie do środka i zamyka drzwi”.
„Każdej nocy?”
Leave a Comment