Wizyty zaczęły się rozchodzić. Z tygodnia na tydzień zrobiło się co drugi, potem raz w miesiącu. Potem zadzwoniła, żeby powiedzieć, że się przeprowadzają. Derek miał lepszą okazję godzinę drogi stąd. Ostatni raz widziałam Liama sześć miesięcy temu. Rachel w końcu zgodziła się zabrać go na niedzielny obiad. Był za chudy. Koszula zwisała mu z ramion, a on ledwo tknął jedzenia. Kiedy Rachel poszła do łazienki, wyciągnęłam z szuflady na śmieci stary telefon komórkowy.
„Posłuchaj mnie, kochanie” – wyszeptałam, klęcząc obok niego na korytarzu. „Włożę to do twojego plecaka. Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować, jeśli będziesz się bał, zadzwoń pod ten numer”. Pokazałam mu kontakt z etykietą „Babcia”. „Nikt nie musi wiedzieć. Możesz to dla mnie zrobić?”
Skinął głową, szeroko otwierając oczy. Coś w nich sprawiło, że zabolał mnie żołądek.
„Potrzebujesz teraz pomocy?” – wyszeptałam.
Zerknął w stronę łazienki i pokręcił głową. Kiedy wyszli, przytuliłam Liama i macałam jego żebra przez koszulę. Od tamtej pory dzwoniłam do Rachel co tydzień. Zazwyczaj nie odbierała. Kiedy odbierała, mówiła, że wszystko w porządku. Za bardzo się martwiłam. Wkrótce, mawiała, wkrótce będę mogła ją odwiedzić. Po jakimś czasie przestałam dzwonić. Nie wiedziałam, co innego robić. Aż do dzisiejszego wieczoru.
Skręciłam w Pine Street i zwolniłam, sprawdzając numery domów. Ich dom był na końcu – mały, wynajmowany dom z łuszczącą się farbą i podwórkiem pełnym chwastów. W domu panował mrok, z wyjątkiem jednego okna świecącego przyćmioną żółtą poświatą. Zaparkowałam na ulicy i poszłam popękanym podjazdem. Nacisnęłam dzwonek. Nikt nie przyszedł. Zapukałam. „Rachel! To Judith! Otwórz drzwi!”. Nic.
Obeszłam dom dookoła. Okno w kuchni było na wysokości głowy, zasłony odsłonięte. Widziałam zlew pełen naczyń, a worek na śmieci przepełniony. Wróciłam na podwórko i podniosłam z rabaty ozdobny kamień, gładki i ciężki w dłoni. Potem podeszłam do kuchennego okna i zamachnęłam się.
Szkło rozbiło się z dźwiękiem, który zdawał się przerywać nocną ciszę. Użyłam kamienia, żeby odbić dolną krawędź, po czym chwyciłam się ramy okna i podciągnęłam się. Kawałek szkła trafił mnie w dłoń i poczułam, jak tnie, ciepła krew spływa mi po nadgarstku, ale się nie zatrzymałam. Przepchnęłam się, lądując twardo na linoleum.
Najpierw uderzył mnie zapach: stęchłego alkoholu, starych śmieci i czegoś kwaśnego, czego nie potrafiłam rozpoznać. W salonie było jeszcze gorzej. Puste butelki po piwie zasłaniały stolik kawowy, a popielniczka była przepełniona. Rachel leżała na kanapie, na boku, z jedną ręką zwisającą z krawędzi. Miała otwarte usta. Z miejsca, w którym stałam, czułam zapach alkoholu.
„Rachel”. Mój głos zabrzmiał głośniej, niż zamierzałam. „Rachel, obudź się”.
Leave a Comment