— Boli?
Zastanowiła się przez chwilę.
— Nie. To tylko moje nogi odmawiają posłuszeństwa.
Zsófia skinęła poważnie głową.
— Ja też mam napady padaczkowe. Ale mama mówi, że to mnie wzmacnia.
Te słowa jakoś ją poruszyły.
— Masz rację — powiedziała cicho.
Pierwsze kilka tygodni było dziwnych. Timi nie wiedział, jak się zachować, więc pracował w ciszy.
Bence rzadko wychodził ze swojego pokoju, większość czasu spędzał na czytaniu lub pracy na komputerze.
Zsófia jednak wcale się go nie bała, podchodziła do niego codziennie, żeby o coś zapytać.
— Wujku Bence, możesz mi pokazać komputer?
— Wujku Bence, mogę tu narysować?
— Czy od dawna potrafisz biegać?
Na początku udzielał tylko krótkich odpowiedzi, ale z czasem rozmawiali coraz częściej.
Pewnego dnia Timi szedł korytarzem, gdy nagle do jego uszu dotarł głośny śmiech. Prawdziwy, radosny śmiech. Zatrzymał się przed drzwiami.
W pokoju Zsófia kucała na podłodze, rysując na tablecie, a Bence pochylał się, żeby jej coś wyjaśnić na temat programu.
István Kovács stał obok niej na korytarzu, a w jego oczach błyszczały łzy.
— Nie słyszałem, żebyś się tak śmiała od siedmiu lat — wyszeptał.
Dwa miesiące później Zsófię przewieziono do dużej kliniki w Budapeszcie. Badania były długie i kosztowne.
Timi siedział na korytarzu ze złożonymi rękami, podczas gdy lekarze konsultowali się z nim.
W końcu wyszedł lekarz i wypowiedział zdanie, które Timi zapamiętał do końca życia:
— To można leczyć.
Kobieta omal nie zemdlała z ulgi. Kiedy wyszła przed klinikę, drżącymi rękami zawołała Istvána.
Leave a Comment