Bence ledwo zauważalnie skinął głową.
— Przepraszam za tę farsę. Chyba nikt nie pytał, czy tego chcesz.
István przerwał mu ostro.
— Bence!
— Co się stało? — odpowiedział spokojnie. — Nie powiedziałem nic złego.
Potem spojrzał na Zsófię.
— Kim ona jest?
— Moja córka — powiedział cicho Timi.
Zsófia nieśmiało się uśmiechnęła.
— Jestem Zsófia.
Bence patrzył na nią długo i po raz pierwszy w jej oczach zabłysło coś żywego.
— Cześć, Zsófio.
István westchnął z ulgą.
— W takim razie zostawię was samych.
Po zamknięciu drzwi zapadła cisza.
Bence powiedział cicho:
— Nie martw się. Nie gryzę. Życie tutaj będzie łatwiejsze, niż myślisz.
Timi odpowiedział ostrożnie:
— Nie jestem tu dla łatwego życia.
Bence uśmiechnął się.
— Wiem. Tata mi wszystko powiedział.
Znów zapadła cisza.
Zsófia podeszła bliżej.
— Zawsze jeździsz na wózku inwalidzkim?
Bence się nie obraził.
— Minęło siedem lat.
Leave a Comment