— No dalej, wsiadaj! Jeśli ktoś chce cię ukarać, my się tym zajmiemy.
W miarę jak zbliżali się do domu, Timi robiła się coraz bardziej nerwowa.
— Boże, dlaczego się na to zgodziłam? A co, jeśli okażesz się dziwną albo agresywną osobą?
István Kovács zauważył jej napięcie… i próbował ją po cichu uspokoić.
Dom był ogromny, z szarymi, kamiennymi ścianami, dużymi, szklanymi oknami i zadbanym ogrodem.
Było tak cicho, że Timi miał wrażenie, że słyszy nawet bicie własnego serca.
Zsófia wyszeptała z szeroko otwartymi oczami: „Mamo… czy to zamek?” Timi uśmiechnął się blado, choć w środku drżał.
Drzwi otworzył mężczyzna w eleganckim garniturze – prawdopodobnie kierownik. Przywitał go uprzejmie i pomógł wnieść bagaże.
W środku było przestronnie i jasno, ale dom przenikał chłodny spokój, jakby ktoś mieszkał tam sam od dłuższego czasu.
— Bence jest w swoim pokoju — powiedział cicho István Kovács. — Mówiłem mu, że przyjdziesz.
Timi skinął głową, choć czuł, że ledwo trzyma się na nogach.
Poszli na górę, długi korytarz był pokryty grubym dywanem, który tłumił odgłos ich kroków. István zatrzymał się przed drzwiami.
— Jesteś gotowy?
Timi wziął głęboki oddech.
— Tak.
Mężczyzna zapukał.
— Wolny — dobiegł z wnętrza stłumiony głos.
Timi zatrzymał się, wchodząc.
Bence siedział na wózku inwalidzkim przy ogromnym oknie. Chudy, blady, z krótkimi, ciemnymi włosami. Jego wzrok był zimny i zmęczony. Spojrzał na Timiego, Zsófię i walizkę.
— Czy to ona? — zapytał sucho.
István skinął głową.
— Tak. To Tímea.
Bence milczał przez kilka sekund, po czym odpowiedział gorzkim uśmiechem.
— No cóż… gratulacje. Mam więc żonę.
Timi stał tam zdezorientowany, ale w końcu odezwał się cicho:
— Dzień dobry.
Leave a Comment