Następnym razem, gdy zobaczysz Margaret, nie jest w futrze i perfumach. Jest w małym pokoju konsultacyjnym obok biura ochrony szpitala, gdzie oświetlenie jest matowe i bezlitosne. Siedzi na krześle z kajdankami na ustach, z lekko rozmazaną szminką, a w jej oczach płonie nienawiść.
Ethan stoi przed nią jak ściana. Jest tam Ruiz, administrator szpitala i pracownik socjalny. Jeździsz na wózku inwalidzkim, bo twoje ciało odmawia dziś heroizmu, ale twoje spojrzenie jest nieruchome.
Wzrok Margaret przeskakuje na ciebie i uśmiecha się. „Cóż”, mówi ochrypłym głosem, „mała aktorka postanowiła przyjść i pobawić się w sędziego”.
Lekko przechylasz głowę. „Nie muszę grać”.
Jej uśmiech się zaciska. „To rodzina. Ethan, powiedz im. Powiedz im, że nie poślubiłeś jej z miłości. Powiedz im, że cię złapała. Powiedz im, że cię wykorzystuje”.
Twarz Ethana pozostaje bez wyrazu. „Przestań” – mówi.
Margaret prycha. „Przestań? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem? Po tym, jak zbudowałem tę rodzinę? Po tym, jak chroniłem nasze dobre imię?”
„Ty chroniłeś swoją kontrolę” – mówi Ethan cicho. „Nie ja”.
Oczy Margaret rozszerzają się szeroko, obrażona. „Karen nie może mieć dzieci” – warczy. „Twoja siostra zasługuje na dziecko. Olivia nie da rady z dwójką. Ona jest… ona jest…”
„Powiedz” – wtrącasz się, spokojny jak lód. „Powiedz to, co powiedziałeś na górze”.
Nozdrza Margaret rozszerzają się. „Dobrze. Ona jest nikim. To utrzymanka. Pasożyt”.
Administrator odchrząkuje, czując się nieswojo. Oczy Ruiza twardnieją.
Powoli kiwasz głową, jakbyś robiła notatki. „I myślisz, że to daje ci prawo do mojego syna”.
Margaret unosi brodę. „Miałby lepsze życie z nami. Z zasobami Whitmore”.
Leave a Comment