Sofia stała nieruchomo w deszczu. Czarny sedan nie pochodził z okolicy. Nie należał do sąsiada. Nie był to samochód szukający miejsca parkingowego. Wyglądał na stworzony do pościgu, czekania, zastraszania.
Doña Rosa tysiąc razy powtarzała, że w Los Álamos uczy się czytać niebezpieczeństwo tak, jak czyta się znaki drogowe. A ten sedan krzyczał o niebezpieczeństwie.
Sofia cofnęła się o krok. Potem o kolejny. Wiklinowy kosz był schowany kilka przecznic dalej, a mimo to czuła, jakby dzieci były tuż obok, w jej ramionach. Bezbronne. Bezbronne.
„Jeśli za mną pójdą, znajdą je”.
Ta myśl przeszyła ją jak nóż.
Odwróciła się na pięcie i odeszła tak cicho, jak to możliwe. Nie biegła. Jeszcze nie. Najpierw musiała sprawdzić, czy ktoś jest w sedanie.
Zerknął w bok.
Szyby były przyciemniane, ale udało jej się dostrzec sylwetkę: mężczyznę na miejscu kierowcy. Nie palił. Nie rozmawiał przez telefon. Po prostu czekał.
Sofia zacisnęła pięści i zmusiła się do chodzenia, jakby nic nie widziała. Każdy krok był wysiłkiem. Jej nogi chciały biec, ale wiedziała, że bieg tylko pogłębi jej strach.
Leave a Comment