starając się, żeby mój ton był lekki, swobodny, jakby to nic nie znaczyło. „Te, które babcia nazywa witaminami” – odpowiedziała, splatając palcami brzeg mojej koszuli. „Sprawiają, że dziwnie mi się po nich robi w brzuchu”. Serce mi nie podskoczyło – wręcz przeciwnie. Mocno. Słyszałam, że to witaminy. Nieszkodliwe. Coś, co, jak twierdziła mama, „pomoże jej stać się silniejszą”. Nie kwestionowałam tego. Nie do końca. Nie tak, jak powinnam. Przykucnęłam przed nią, zmuszając się do zachowania spokoju, żeby nie dać po sobie poznać paniki. „Możesz mi przynieść butelkę?” – zapytałam delikatnie. Skinęła głową i odeszła, jej drobne kroki rozbrzmiały echem po korytarzu, zostawiając mnie samą w kuchni z uczuciem, które już zaczęło rozprzestrzeniać się po mojej piersi – coś jest nie tak. Coś było nie tak. Kiedy wróciła, wyciągnęła butelkę w obie ręce, jakby wiedziała, że to ma znaczenie. Wzięłam ją ostrożnie, zaciskając palce na plastiku, patrząc na etykietę. I wszystko we mnie zamarło. Nie rozpoznałam nazwy. Nawet nie blisko. To nie była marka, którą wcześniej widziałam, ani suplement, ani nic, co pasowałoby do dziecięcej rutyny. Etykieta wyglądała klinicznie, nie
Leave a Comment