komercyjnie. Drukowana, a nie zaprojektowana. Moje oczy poruszały się teraz szybciej, skanując tekst, próbując zrozumieć coś, co nie miało sensu. Instrukcje dawkowania. Ostrzeżenia. Słowa, które nie pasowały do czterolatka. „Od jak dawna je bierzesz?” – zapytałam, ciszej już. „Babcia daje mi je, kiedy cię nie ma w domu” – powiedziała. Ta odpowiedź uderzyła mnie mocniej niż cokolwiek innego. Nie tylko tabletki. Tajemnica. Moment podania. Intencja. Nie powiedziałam nic więcej. Nie zadałam więcej pytań. Bo już wiedziałam, że sama tego nie rozgryzę. Złapałam kluczyki, torebkę, butelkę wciąż w dłoni i zabrałam ją ze sobą bez wyjaśnienia. Droga do lekarza wydawała się dłuższa niż była w rzeczywistości, każda sekunda rozciągała się pod ciężarem czegoś, czego jeszcze nie potrafiłam zdefiniować, ale już się obawiałam. Kiedy dotarliśmy, nie czekałam. Nie umawiałam się na wizytę. Poszłam prosto do recepcji i powiedziałam: „Musimy zostać przebadani. Natychmiast”. W moim głosie musiało być coś, coś na tyle pilnego, bo nie protestowali. Przyjęli nas od razu. A kiedy lekarz w końcu wszedł, bez słowa podałam mu butelkę. Najpierw spojrzał na nią obojętnie, jakby to była rutyna. Potem jego wyraz twarzy się zmienił. Subtelnie. A potem zupełnie. Zbladł. Zacisnął dłonie na butelce, czytając etykietę ponownie, tym razem wolniej, jakby musiał się upewnić. Nagle – rzucił ją na ladę z takim impetem, że aż się wzdrygnęłam. „Masz pojęcie, co to jest?” – zapytał. I w tym momencie wiedziałam – jakakolwiek odpowiedź… zmieni wszystko. Pokręciłam głową, niezdolna do natychmiastowego przemówienia, bo coś w jego
Leave a Comment