„Nic jej nie jest” – wtrąciła Beatrice, uśmiechając się z zaciśniętymi ustami do Robinsonów, którzy wyglądali na zakłopotanych. „Elena jest bardzo zestresowana fuzją. Musisz być bardziej wyrozumiała, Ario. Nie dramatyzuj tak”.
„Dramatuj?” – wyszeptałam. Wstałam, tuląc szlochającą córkę do piersi.
„Tak, dramatyzuj!” – krzyknęła Elena. „Jesteś pijawką, Ario. Pasożytem w domu, który posiadam – a właściwie praktycznie posiadam, jak tylko spłacę kredyt hipoteczny mamy i taty. Nie masz pojęcia, jak to jest dźwigać ciężar sukcesu. Więc weź swojego bachora i idź do kuchni, aż nauczysz się wdzięczności”.
Coś we mnie pękło.
To nie był głośny trzask. To był dźwięk zamykających się drzwi skarbca. Część mnie, która pragnęła ich miłości, ta część mnie, która trzymała się umowy ratunkowej, bo chciałam uratować siostrę… umarła.
Nie krzyczałam. Nie wrzeszczałam. Moje tętno wręcz zwolniło.
„Nazwałeś moją córkę pasożytem” – powiedziałam grobowym głosem.
„Bo nim jest” – warknęła Elena. „I ty też”.
„Dobrze” – powiedziałam.
Odwróciłam się do rodziców. „Widzieliście to. Widzieliście, jak skrzywdziła Lily, i martwicie się o obrus”.
„Och, przestań zgrywać ofiarę” – westchnęła mama.
„Do widzenia, mamo” – powiedziałam.
Zaniosłam Lily do drzwi.
„Dokąd idziesz?” – warknął ojciec. „Nie pokroiliśmy jeszcze tortu”.
„Idę do pracy” – powiedziałam.
„Do pracy?” Elena zaśmiała się szorstko, kracząc. „W niedzielę? Co, na stacji benzynowej brakuje ludzi?”
Zatrzymałam się w progu. Odwróciłam się po raz ostatni. Zapamiętałam tę scenę: przepych, okrucieństwo, arogancję.
„Ciesz się domem, Eleno” – powiedziałam. „Dopóki masz dach nad głową”.
Wyszedłem.
Rozdział 3: Prezes w cieniu
Pojechałem prosto do siedziby Titan Group w dzielnicy finansowej. Podróż zajęła czterdzieści minut, wystarczająco dużo czasu, by Lily zasnęła w foteliku samochodowym, a jej zapłakana twarz rozluźniła się z wyczerpania.
Zaparkowałem w podziemnym garażu dla kadry kierowniczej, na miejscu oznaczonym A. Vance – Prezes.
Zaniosłem Lily na górę do mojego biura. Był to narożny apartament na 40. piętrze z widokiem na panoramę miasta. Był elegancki, nowoczesny i cichy. Położyłem Lily na pluszowej białej sofie w salonie i przykryłem ją kaszmirowym kocem.
Potem usiadłem przy biurku i odblokowałem swój bezpieczny terminal.
„Marcus” – powiedziałem do interkomu.
Mój dyrektor operacyjny, Marcus, odpowiedział natychmiast, mimo że była niedziela. „Tak, pani Vance?”
„Przejęcie Vanguard” – powiedziałem. „Czy dokumenty są już gotowe?”
„Tak, proszę pani. Gotowe do podpisu jutro rano o
9:00 rano w ich biurach”.
„Zmiana planów” – powiedziałem. „Włącz klauzulę audytu dochodzeniowego. Teraz. Chcę dogłębnie przeanalizować ich finanse, a konkretnie konta uznaniowe kadry kierowniczej. I chcę to zrobić do 8:00 rano”.
„Proszę pani? Przeprowadziliśmy już due diligence. Wyglądało… akceptowalnie”.
Leave a Comment