„Wyprzedane!”
Młot uderzył.
I tak blok 317 stał się domem dla dwójki bezdomnych dzieciaków, z trzydziestoma dwoma dolarami i marzeniem, o którym ledwo odważyli się mówić.
Czekali, aż opustoszał, zanim ponownie otworzyli drzwi.
Z bliska zapach był jeszcze gorszy.
Emma zatkała nos. „Zapłaciliśmy za to dziesięć dolarów?”
„To zestaw naprawczy” – powiedział Liam, starając się brzmieć jak jeden z tych telewizyjnych poszukiwaczy skarbów. „Rozbierzemy go, wyczyścimy i sprzedamy”.
Widzieliście części telefonu z pękniętym ekranem, który ktoś wyrzucił. Aukcje magazynowe miały być polowaniami na skarby.
Jak dotąd wyglądało to na pomyłkę.
Zaczęli wynosić rzeczy na światło słoneczne.
Zepsuty blender.
Stos starych magazynów.
Pudełko z dziwnymi butami.
Emma znalazła kulę śnieżną w kształcie latarni morskiej. Delikatnie nią potrząsnęła. Brokat wirował wokół maleńkiej białej wieżyczki.
„Ładne” – wyszeptał.
„Odłóż to na stos „może”” – powiedział Liam.
Mijały godziny.
O zmierzchu ich ręce były czarne od brudu. Zrobili małą stertę rzeczy, które mogliby sprzedać na pchlim targu: mosiężną lampę, stare radio, pudełko płyt winylowych.
Potem Liam dotarł do tylnej ściany.
Tam, za materacem, było coś jeszcze.
Drewniana skrzynia.
Nie tektura.
Leave a Comment