„A co z opieką?” zapytała Valencia na ekranie, wodząc palcem po piersi Tmaine. „Dziecko jest z nią związane”.
„Nie martw się”, prychnęła Tmaine. „Sprowokuję Nyalę dziś wieczorem. Sprawię, że będzie krzyczeć. Zrobię jej zdjęcie. Potem ty zeznajesz ze swoim wypasionym dyplomem i powiesz sędziemu, że jest histeryczna. Sprzedamy dom, zabierzemy dziecko i przeprowadzimy się do Szwajcarii. Zariah zapomni o matce w ciągu miesiąca. Będziesz jej…
Fuj, mamo”.
Valencia zaśmiała się. „Chyba bycie psychologiem przydaje się do niszczenia ludzi, prawda?”
Tmaine uniósł kieliszek wina. „Za zbrodnię doskonałą”.
Nagranie zgasło.
Przez dziesięć sekund panowała absolutna cisza. Nikt nie oddychał. Jedynym dźwiękiem był szum monitorów.
Potem sędzia powoli skierował wzrok na stół obrony. Wyraz jego twarzy był przerażający. To był wzrok człowieka, który zdał sobie sprawę, że jego sala sądowa została wykorzystana jako broń.
„Komisarzu” – powiedział sędzia śmiertelnie cichym głosem. „Zamknij drzwi. Nikt nie wychodzi”.
Valencia rzuciła się do ucieczki. Zerwała się z miejsca na galerii, potykając się o wysokie obcasy i drapiąc ciężkie dębowe drzwi.
„Aresztujcie ją” – warknął sędzia.
Oficerowie otoczyli ją. Krzyczała, wbijając paznokcie w drewno, a jej godność zniknęła w jednej chwili.
Tmaine siedział zgarbiony na krześle, z twarzą w kolorze popiołu. Spojrzał na mnie błagalnie. „Nyala, to był żart… to był…”
„Panie Tmaine” – przerwał sędzia, a jego głos grzmiał jak grzmot. „Dopuścił się pan krzywoprzysięstwa. Dopuścił się pan oszustwa. Zmówił się pan, aby manipulować świadkiem. I próbował pan wykorzystać ten sąd jako broń do znęcania się nad żoną i dzieckiem”.
Leave a Comment