Przez kolejne dwie godziny sprzątałem. Wykąpałem Layę, zmywając tłuszcz z jej włosów i znalazłem jej czyste ubrania. Pościeliłem jej łóżko w pokoju gościnnym i zamknąłem drzwi od środka, dając jej klucz.
Na dole kobiety pracowały w przerażonej ciszy.
O 18:00 Brenda próbowała odzyskać panowanie nad sobą. Podała mi paczkę szarej, kwaśno pachnącej mielonej wołowiny. „Zrób obiad” – zadrwiła. „Nie marnuj tego”.
Spojrzałam na mięso. Uśmiechnęłam się.
Usmażyłam to paskudne mięso na patelni, polewając je połową butelki sosu z papryczek „Zemsta Szatana”, który znalazłam w spiżarni. Na osobnej, czystej patelni zrobiłam mały, bezpieczny posiłek dla Layi i dla siebie.
Kiedy zawołałam ich do stołu, przybiegli, niecierpliwi, żeby zobaczyć, jak im podaję. Nakładali pikantne, zepsute mięso na bułki i agresywnie je gryzli.
Reakcja była natychmiastowa.
Brenda poczerwieniała. Karen zaczęła kaszleć. Kyle się zakrztusił. Rzuciły się do zlewu, walcząc między sobą o wodę z kranu.
„Za bardzo aromatyczne?” – zapytałam uprzejmie, odgryzając kęs własnej, świeżej kanapki.
„Ty… ty nas zatrułeś!” – wydyszała Brenda, a łzy spływały jej po twarzy.
„Zasada numer cztery” – powiedziałem. „Nie marnuj jedzenia”.
Powrót Króla
Nie spałem w fotelu, gdy Dustin Rakes wrócił do domu o 2:00 w nocy.
Drzwi wejściowe się nie otworzyły; ktoś je kopnął.
„Clara!” – ryknął. Zapach whisky i stęchłego dymu unosił się od niego falami. „Przynieś mi piwo!”
Wtoczył się do salonu. Miał metr osiemdziesiąt wzrostu, ciężki od tłuszczu i mięśni.
le, koszula wypuszczona ze spodni. Zobaczył mnie i zmrużył oczy.
„Kim ty, do cholery, jesteś?”
„Jestem niańką” – powiedziałam.
Jego twarz pociemniała. „Jesteś starą nietoperzycą. Matką Clary”. Zrobił krok naprzód, zaciskając pięści. „Wynoś się z mojego domu”.
„Nie”.
Mrugnął. Nie był przyzwyczajony do tego słowa. Ryknął, niczym zwierzęcy egoizm, i zamachnął się na mnie szerokim, pijackim sierpowym.
Wstałam i weszłam na huśtawkę. Jego pięść przeleciała nieszkodliwie nad moim ramieniem. Wykorzystałam jego pęd, kierując jego ciężar do przodu i w dół. Uderzył w stolik kawowy, rozłupując drewno.
Podniósł się, wściekły i znów rzucił się do ataku.
Zsunęłam się – prosta praca nóg – i wbiłam mu łokieć w splot słoneczny. Powietrze eksplodowało z jego płuc. Upadł na kolana, wymiotując.
„Moja córka nie stawiała oporu” – powiedziałem, stojąc nad nim. „Może myślała, że się zmienisz. Ale ja nie mam takiej nadziei”.
Złapałem go za włosy i poprowadziłem zgiętego wpół i dyszącego do łazienki na dole – tej, której nie chciał sprzątać. Muszla klozetowa była poplamiona brązowo-żółtymi plamami.
„Lubisz brud?” – zapytałem. „Spójrz tylko”.
Leave a Comment