„Tik-tok” – powiedziała Jade. „Jak wysoko potrafisz dojść? 500? 600? Widziałam już twój miernik „BŁĄD” na 600. Pamiętasz? Byłaś tak chora, że nie mogłeś ustać na nogach”.
Wspomnienie mnie zachwiało. Pociłam się. Zimnym, lepkim potem. To nie był dobry znak. „Pocisz się” – zauważyła, a w jej głosie słychać było kliniczne zainteresowanie. „To coś nowego. To pewnie adrenalina miesza się z hiperglikemią. Twój organizm nie wie, czy spanikować, czy się wyłączyć”.
Miała rację. Byłam w pułapce.
„Ułatwię ci to. Tylko kiwnij głową” – powiedziała Jade. „Skiń głową, a dam ci jedną fiolkę. Wystarczy, żebyś przeżyła. W przeciwnym razie…” Skinęła ręką w stronę zlewu.
Zastanowiłam się. Moje życie czy moja reputacja? Co za głupie, proste pytanie. Ale wiedziałam, że na tym się nie skończy. Będzie mi to wmawiać w nieskończoność.
„Kończy ci się czas” – powiedziała, a jej głos stracił ostrość, zastąpiony dziwnym, szklistym skupieniem. „Widzę to. Masz to spojrzenie. Ile czasu minie, zanim w ogóle przestaniesz mnie rozumieć?”
Zegar w kuchni wskazywał 8:47. Moi rodzice mieli wrócić do domu dopiero za kilka godzin. Mój poziom cukru we krwi przekroczył 400. Metaliczny posmak był tak silny, że czułam się, jakbym żuła monety. Zerknęłam na zegarek. Zobaczyła to. Uśmiechnęła się szerzej.
„Co się stanie, kiedy zapadnę w śpiączkę?” – wybełkotałam.
„Dramaturgujesz. Nie umrzesz. Po prostu zachorujesz wystarczająco…”
Jej monolog się powtórzył. Próbowała przekonać siebie równie mocno, jak mnie. Spojrzałam na nóż, potem na nią, a potem na fiolki. Rzucanie się na stół było niemożliwe. Moje mięśnie były słabe, drżały.
Podjęłam decyzję. Skinęłam głową. Jednym, gwałtownym ruchem.
Oczy Jade rozbłysły triumfem. Odstawiła szklankę z wodą, którą trzymała (piła przede mną, okrucieństwo nie miało końca) i wzięła fiolkę. Potem roześmiała się i odstawiła ją z powrotem.
„Skinięcie głową to za mało. Chcę usłyszeć, jak ćwiczysz historię. Każdy szczegół. Jak mnie uczyłeś. Jak planowaliśmy.
To.”
Widok mi się zamazał. Wysiłek, żeby wstać, był ogromny. Musiałem coś powiedzieć, ale gardło miałem zbyt suche. Jade westchnęła i przesunęła szklankę wody po blacie. Chwyciłem ją i wypiłem jednym haustem. Ulga trwała kilka sekund.
Wyciągnęła telefon. Zaczęła nagrywać. „Teraz” – poleciła. „Opowiedz historię”.
Spróbowałem. Jąkałem się, próbując przebrnąć przez jej fikcyjną opowieść. Moje słowa były bełkotliwe. Mgła w głowie była gęsta. Proste zdania przypominały zagadki.
„Fuj, nawet nie jesteś przekonujący!” – warknęła, odkładając telefon. „To bez sensu!”
Zaczęły mnie mdłości. Zgiąłem się wpół, zwymiotowałem do zlewu. Nic tylko żółć. Jade cofnęła się z obrzydzeniem, ale filmowała dalej, opowiadając kamerze o moich objawach jak jakiś pokręcony naukowiec. „Temat teraz… wymiotuje. Skóra jest blada, wilgotna…
Kiedy ustała, osunęłam się na podłogę, opierając plecy o szafki. Chłód płytek był przyjemny.
„Potrzebujemy cię bardziej… sprawnego”, mruknęła, krążąc. Traciła okno. Jeśli zemdleję przed wyznaniem, straci swoją siłę przebicia.
Chwyciła notes i napisała wyznanie. „Proszę. Przepisz to. Twoim charakterem pisma”. Wcisnęła mi długopis w dłoń. Ręka trzęsła mi się tak bardzo, że nie mogłam jej chwycić. Upadła na podłogę.
Moje pole widzenia się zamgliło. Cienie tańczyły. Jade lekko uderzyła mnie w twarz. „Skup się!”
Traciła mnie. Wiedziała o tym. Podjęła desperacką decyzję. Nabrała maleńkiej ilości insuliny do strzykawki. „Wystarczająco, żebyś otrzeźwiał”, powiedziała. „Nie po to, żeby cię uratować. Tylko po to, żebyś był na tyle przytomny, żebyś mógł się przyznać”.
Igła zbliżyła się do mojego ramienia. Próbowałam się cofnąć, ale zabrakło mi sił.
Leave a Comment