Moja siostra podniosła moją insulinę nad zlew i powiedziała: „Skoro ja nie mogę mieć cukrzycy, to ty też nie”. Kiedy błagałam ją, żeby przestała, roześmiała się: „Już się pocisz. Ile to jest? 400? Jak długo organizm zareaguje?”. Milczałam. To było dziewięć dni temu. Dziś rano płakała w sądzie, kiedy wyliczali zarzuty.

Moja siostra podniosła moją insulinę nad zlew i powiedziała: „Skoro ja nie mogę mieć cukrzycy, to ty też nie”. Kiedy błagałam ją, żeby przestała, roześmiała się: „Już się pocisz. Ile to jest? 400? Jak długo organizm zareaguje?”. Milczałam. To było dziewięć dni temu. Dziś rano płakała w sądzie, kiedy wyliczali zarzuty.

Jade zamarła. W trakcie koktajlu.

Nasza ciotka, pielęgniarka dyplomowana, nie straciła ani chwili. Chwyciła glukometr Jade (mój stary) i ukłuła się w palec tuż przy stole. Wszyscy się gapili.

„95” – oznajmiła ciotka beznamiętnym głosem. „Zupełnie normalnie”.

Drżenie natychmiast ustało. Bełkot zniknął. Twarz Jade zbladła. „Ja… to było leczenie! Na wcześniejszy spadek poziomu cukru!” – wyjąkała.

„Dobrze” – powiedziała ciotka, wyciągając nowy pasek testowy. „Zbadamy cię ponownie za 10 minut”. Zrobiła to. „Wciąż 95. Zabawne. Żaden diabetyk nie ma tak stabilnego poziomu cukru we krwi 10 minut po zjedzeniu pół kilo czekolady”.

Tej nocy nasi rodzice w końcu przeszukali jej pokój. Znaleźli jej pamiętnik. Wszystko tam było. Udawała od ponad

Rok, skrupulatnie badając każdy aspekt cukrzycy, aby jej wystąpienie było bardziej przekonujące. Skonfrontowali ją. Powiedzieli jej, że ma 30 dni na znalezienie innego miejsca zamieszkania.

Krzyczała. Płakała. Mówiła, że ​​„wybierają swoje chore dziecko zamiast zdrowego”. Ale tym razem jej manipulacja nie zadziałała. Mieli dość.

Ale Jade nie miała dość.

Następnego ranka obudziłam się, słysząc dźwięk mojej pompy insulinowej. PUSTY ZBIORNIK. Niemożliwe. Wymieniłam go dopiero poprzedniej nocy. Pobiegłam do (wspólnej) lodówki. Wszystkie moje zapasowe peny z insuliną… zniknęły. Mój awaryjny zestaw z glukagonem… zniknął. Pobiegłam do sypialni, do ukrytego zapasu fiolek, które trzymałam w pudełku po butach pod łóżkiem… zniknęły.

Znalazłam Jade w kuchni, stojącą przy zlewie. Trzymała cały mój zapas leków ratujących życie. Wszystko. Fiolki, peny, wszystko.

„Skoro ja nie mogę mieć cukrzycy” – powiedziała lodowato spokojnym głosem – „to ty też nie możesz”.

Wylała już połowę do zlewu. Tysiące dolarów insuliny po prostu zniknęły. Resztę, garść fiolek, trzymała nad otwartym zlewem.

Miałam może sześć godzin, zanim poziom cukru we krwi gwałtownie wzrośnie. Bez insuliny zapadłabym na kwasicę ketonową (DKA). Moja krew stałaby się kwaśna. Zaczęłabym wymiotować, moje organy przestałyby pracować, zapadłabym w śpiączkę i umarłabym.

Był piątek po Święcie Dziękczynienia. Czarny Piątek. Apteka była zamknięta przez długi weekend i miała zostać otwarta dopiero za trzy dni. Najbliższy szpital całodobowy był dwie godziny drogi stąd. Moi rodzice, próbując znaleźć trochę normalności, poszli na zakupy w Czarny Piątek o świcie i nie odbierali telefonów.

Byłam sama. I ona o tym wiedziała.

„Oto, co się stanie” – powiedziała Jade, unosząc palec nad przełącznikiem. „Powiesz mamie i tacie, że mnie uczyłaś. Że uczyłaś mnie udawać przez cały ten czas, bo chciałaś się z kimś „podzielić uwagą”. Przyznasz, że pomogłaś mi udawać wszystkie te epizody. Albo… zniszczę resztę insuliny, a ty doświadczysz, jak to jest w prawdziwym stanie cukrzycy”.

Mój poziom cukru we krwi już rósł. Czułam pierwsze objawy. Mdły, słodki, metaliczny smak w ustach. Przemożne pragnienie. Lekkie, tłuste mdłości, które wkrótce miały przerodzić się w gwałtowne wymioty.

Uśmiechnęła się zimnym, znaczącym uśmiechem. Widziała, jak liczę, obliczam, ile mi zostało czasu. „Wybieraj szybko” – powiedziała, przechylając fiolki w stronę odpływu. „Twój poziom cukru we krwi już rośnie. Już się pocisz. Ile to jest? 400? 500? Ile czasu minie, zanim twoje organy przestaną działać?”

Wpatrywałam się w fiolki. Moje życie. Tuż w jej dłoni. Zlewozmywak brzęczał pod nimi.

„Jade, proszę…” zaczęłam, czując suchość w gardle.

back to top