W głowie mi pękało.
Noah ścisnął moją dłoń.
„Mamo” – wyszeptał natarczywie.
Zmusiłam się do otwarcia oczu.
Wylądowaliśmy na pochyłej skale jakieś pięć metrów poniżej szlaku.
Bolało – ale żyliśmy.
Próbowałam się ruszyć.
Ostry ból przeszył moją kostkę.
Patricia pochyliła się nad krawędzią.
Widziałam jej sylwetkę na tle nieba.
„Możesz się ruszyć?” – zawołała.
W jej głosie nie było zmartwienia.
Był wyrachowany.
Noah nachylił się bliżej mojego ucha.
„Mamo” – wyszeptała ledwo słyszalnie – „nie ruszaj się… udawaj, że nie żyjesz”.
Poczułam, jak moje serce przestaje bić.
„Co?” – wyszeptałam bezgłośnie.
„Proszę” – wyszeptała.
Znieruchomiałam.
Zupełnie nieruchomo.
Nad nami zapadła cisza.
Potem głos Carli:
„Widzisz ich?”
Patricia zawahała się.
„Nie” – powiedziała powoli. „Nie sądzę, żeby się ruszali”.
Znowu cisza.
Potem Carla wyszeptała coś, co sprawiło, że zamarłam.
„Może to rozwiąże problem”.
Problem?
Palały mnie płuca.
Nie wpadli w panikę.
Leave a Comment