„Nie, Sebastianie” – powiedziałam. Mój głos brzmiał dziwnie w moich własnych uszach – miękki, uległy ton, którym zwracałam się do Juliana, zniknął, zastąpiony stalą prezydenta. „To nie pomyłka. Wygląda na to, że mój mąż uważa, że jestem obciążeniem dla jego wizerunku”.
„Możemy odciąć dopływ prądu” – zaproponował Sebastian, obniżając głos o oktawę. „Możemy umorzyć umowę ze Sterlingiem w niecałą godzinę. Thorn Enterprises będzie niewypłacalne do północy. Wystarczy powiedzieć”.
„Nie” – powiedziałam, rozwiązując fartuch i puszczając go na kamienny taras. „To za proste. On chce wizerunku. Chce władzy. Dam mu nauczkę w obu tych kwestiach”.
Poszłam w stronę francuskich drzwi domu, zostawiając za sobą ziemię i narzędzia ogrodnicze.
„Czy suknia jest gotowa?”
„Sztuka z archiwum jest gotowa, pani prezydent. A prototyp Rolls-Royce’a tankowany w hangarze”.
„Doskonale” – powiedziałam, wchodząc po głównych schodach. „Sebastian, zmień moje miejsce na liście gości. Nie idę jako żona Juliana Thorna”.
„Jak mam cię wpisać?”
Weszłam do sypialni. Spojrzałam na zdjęcie na stoliku nocnym – zdjęcie Juliana i mnie sprzed pięciu lat, sprzed pieniędzy, sprzed okładek Forbesa. Patrzył na mnie wtedy z uwielbieniem. Teraz byłam tylko rekwizytem, z którego wyrósł.
Weszłam do garderoby, odsunęłam rząd skromnych, kwiecistych sukienek, które Julian wolał, żebym nosiła, i nacisnęłam ukryty panel w mahoniowej ścianie. Drzwi otworzyły się z pneumatycznym sykiem, odsłaniając klimatyzowany, bezpieczny pokój wypełniony haute couture, diamentowymi kompletami wartymi PKB małego kraju i autentycznymi czynami imperium.
„Wpiszcie mnie na prezydenta” – wyszeptałam do telefonu, a na moich ustach pojawił się niebezpieczny uśmiech. „Czas, żeby Julian poznał swojego szefa”.
Gala Vanguard odbyła się w Metropolitan Museum of Art, miejscu, które krzyczało „stare pieniądze i nowa władza”. Schody były wyłożone karmazynowym dywanem, flankowały je aksamitne liny i hordy paparazzi, których flesze błyskały niczym stroboskopowe błyskawice.
Oglądałam transmisję na żywo z tyłu mojej limuzyny, zaparkowanej dwie przecznice dalej w cieniu.
Zobaczyłam podjeżdżającego czarnego mercedesa Maybacha Juliana. Wysiadł, wyglądając nieskazitelnie w smokingu Toma Forda – smokingu, na który zatwierdziłam zamówienie. Ale kamery nie zatrzymały się na nim.
m. Natychmiast zwrócili się ku kobiecie u jego boku.
Isabella Ricci.
Była olśniewająca, to trzeba przyznać. Była modelka z wybiegu, a teraz „ambasadorka marki”, ubrana w lśniącą srebrzystą sukienkę z niebezpiecznie wysokim rozcięciem i agresywnie głębokim dekoltem. Przyciągała uwagę, posyłając całusy prasie, podczas gdy Julian patrzył na nią jak na nagrodę, którą wygrał na festynie.
„Julian! Tutaj!” krzyknął reporter. „Kto jest tą olśniewającą?”
„To Isabella” – rozpromienił się Julian, kładąc zaborczo dłoń na jej talii. „To ważna konsultantka w kwestii nowego kierunku rozwoju naszej marki”.
„Gdzie twoja żona, Elara?” krzyknął inny głos. „Słyszeliśmy, że tu będzie”.
Leave a Comment