Obudziłam się, nie mogąc oderwać wzroku od ekranu, i znalazłam notatkę, w której było napisane: „Nie mów im, że widzisz”, po czym uświadomiłam sobie, że moja „matka” była oszustką z przerażającym uśmiechem.

Obudziłam się, nie mogąc oderwać wzroku od ekranu, i znalazłam notatkę, w której było napisane: „Nie mów im, że widzisz”, po czym uświadomiłam sobie, że moja „matka” była oszustką z przerażającym uśmiechem.

Byli to wysocy, szarzy ludzie, z wydłużonymi, kościstymi kończynami. Ich twarze były gładkie i pozbawione rysów, z wyjątkiem rozwartych, pionowych ust pełnych ostrych jak igły zębów. Nosili na sobie strzępy ubrań – garniturów, sukienek – kpiąc z rodziców, których udawali.

Powietrze ustąpiło z ogłuszającym trzaskiem.

Nie pomyślałam. Wyrzuciłam nogi przez okno i chwyciłam się grubych pnączy kratownicy.

„Łap ją!” wrzasnęła istota w drzwiach.

Zsunęłam się w dół, kolce szarpały moje dłonie i piżamę. Uderzyłam mocno o ziemię, wtaczając się w wysoką, suchą trawę.

„Ella!”

Spojrzałam w górę. Noah biegł za róg zrujnowanego domu z łyżką do opon w dłoni.

„Noah!” Poderwałam się na równe nogi, kuśtykając w jego stronę.

Zatrzymał się, jego oczy rozszerzyły się, gdy spojrzał na mnie – a raczej za mnie.

„Co to do cholery jest?” krzyknął, wymachując łyżką do opon, gdy szare postacie wyskoczyły z okna na piętrze, lądując na czworakach jak pająki.

„Uciekaj!” krzyknęłam.

Złapałam go za rękę i pobiegliśmy w stronę bramy. Słyszałam za sobą odgłosy chyłku i syk ich oddechów.

Dotarliśmy do samochodu. Noah mocował się z kluczykami, drżącymi rękami. Potwory zbliżały się, przedzierając się przez wysoką trawę z przerażającą prędkością.

Otworzył drzwi. Wskoczyliśmy do środka.

Bum!

Coś uderzyło w tylną szybę, gdy Noah dodał gazu. Szyba była jak pajęczyna, ale wytrzymała. Wyjechaliśmy na drogę z piskiem opon, zostawiając koszmarną willę w kurzu.

Oparłam się o deskę rozdzielczą, łapiąc powietrze i ściskając krwawiące dłonie.

„Jesteś bezpieczny” – wysapał Noah, wpatrując się w drogę. „Mam cię. Mam cię”.

Część 4: Droga bez końca

Jechaliśmy przez dwadzieścia minut w milczeniu. Patrzyłam, jak drzewa rozmywają się za nami, a moje tętno powoli wraca do normy.

„Moi rodzice” – wyszeptałam, wpatrując się w swoje dłonie. „Zabili ich, prawda? Te stwory… odebrały im głosy”.

Noah nie odpowiedział.

„Noah?” Spojrzałam na niego.

Patrzyła prosto przed siebie, z zaciśniętą szczęką.

„Musimy iść na policję” – powiedziałam. „W sąsiednim mieście jest komisariat”.

„Nie ma policji” – powiedział Noah. Jego głos był beznamiętny.

Zmarszczyłam brwi. „Co masz na myśli? Zostaliśmy zaatakowani. Moi rodzice zaginęli”.

„Dla nich jest za późno” – powiedział Noah. Nadal nie mrugnął. „I dla policji jest za późno”.

Zimny ​​strach, cięższy niż wcześniej, ogarnął mnie w żołądku. Wyjrzałam przez okno. Krajobraz… powtarzał się. Ten sam pochyły dąb. Ten sam słupek milowy.

„Noah, zatrzymaj samochód”.

„Już prawie jesteśmy na miejscu, Ella”.

„Zatrzymaj samochód!” Sięgnęłam po kierownicę.

back to top