Podkradłam się do okna i odsunęłam zasłonę.
Na dole, przy kutej żelaznej bramie willi, stał srebrny sedan. Zobaczyłam, jak Noah wyskakuje. Wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętałam – wysoki, barczysty, w skórzanej kurtce lotniczej.
Ale coś było nie tak.
Spoglądał w górę na dom, ale jego wyraz twarzy nie wyrażał determinacji. To było zmieszanie. Przerażenie.
Przyłożył telefon do ucha. Mój zadzwonił.
„Ella” – powiedział drżącym głosem. „Patrzę na dom. W oknach nie ma szyb. Dach jest na wpół zawalony. W salonie rosną drzewa”.
Rozejrzałam się po pokoju. Tapeta była nienaruszona. Łóżko pościelone. Lampa była włączona.
„O czym ty mówisz?” – wyszeptałam. „W porządku! Jestem tutaj! Widzę cię przy bramie!”
„Ella… brama jest zamknięta na zardzewiałą kłódkę. Podjazd zarośnięty chwastami sięgającymi do pasa. Nikt tu nie mieszkał od dwudziestu lat”.
Moja rzeczywistość pękła.
Znów spojrzałam na pokój, naprawdę spojrzałam. Zamrugałam mocno.
Na ułamek sekundy obraz zamigotał. Żółta tapeta zmieniła się w szary, gnijący tynk. Solidne dębowe drzwi stały się wiszącą deską z drzazg. Ciepło pokoju ustąpiło miejsca przenikliwemu chłodowi.
Potem iluzja wróciła.
„To podstęp” – uświadomiłam sobie, ogarniając mnie przerażenie. „Noah, ten dom… ukrywa się. Albo oni go ukrywają. Musisz po mnie przyjść. Proszę!”
„Wchodzę” – powiedział Noah. „Wspinam się na płot”.
Obserwowałam, jak wspina się po żelaznych kratach i spada w zarośniętą trawę. Zaczął biec sprintem w stronę drzwi wejściowych.
Nagle krzesło wciśnięte pod klamkę zaskrzypiało na podłodze.
Odwróciłam się. Drzwi otwierały się powoli, z rozmysłem. Krzesło zatrzęsło się, z trudem utrzymując ciężar.
„Z kim rozmawiasz, Ella?”
Głos dobiegał z korytarza. To już nie był głos mojego ojca. To był gardłowy, wilgotny dźwięk, jak tarcie kamieni o siebie w korycie rzeki.
„Odejdź!” – krzyknęłam, chwytając ciężką mosiężną lampę z nocnego stolika.
„Słyszeliśmy cię” – wtrącił się kobiecy głos, wysoki i piskliwy. „Słyszeliśmy, jak go zapraszasz. On ci nie pomoże. To tylko mięso”.
Drzwi się zatrzasnęły. Drewno roztrzaskało się wokół zamka.
„Noah!” – krzyknęłam do telefonu. „Włamują się!”
„Jestem przy drzwiach wejściowych! Są zablokowane przez gruz! Idę dookoła, do kratownicy!”
Spojrzałam na okno. Na kratownicę. Odryglowałam okno i uniosłam je do góry.
W chwili, gdy powiew świeżego powietrza uderzył mnie w twarz, iluzja całkowicie prysła.
Pokój za mną rozpłynął się. Łóżko zmieniło się w spleśniały materac na podłodze. Ściany pokrywała czarna pleśń i dziwne, chaotyczne bazgroły z węgla drzewnego – symbole, których nie rozpoznawałam.
A w drzwiach nie stali ludzie.
Leave a Comment