Dopiero gdy zapadła cisza, wypuścił drżący oddech i wyszeptał: „Dobra… ruszamy”.
„Dokąd?” – wyszeptałem.
Twarz Ethana była blada, a oczy przenikliwe.
„Wracamy tam, skąd przyszliśmy” – powiedział.
„Cisza.
I znajdziemy najbliższą rezydencję strażników albo jakieś miejsce z telefonem stacjonarnym.
Bo cokolwiek to było…”
Przełknął ślinę.
„Właśnie byliśmy świadkami porwania”.
Wyłanialiśmy się z krzaków centymetr po centymetrze.
Ethan trzymał Lily mocno do piersi, obejmując ją jedną ręką, żeby nie uciekła w strachu.
Poszedłem za nim, obserwując drzewa, a każdy trzask gałęzi brzmiał w mojej głowie jak strzał z pistoletu.
W połowie drogi spotkaliśmy dwóch wędrowców idących szlakiem – wesołą, energiczną parę w wiatrówkach, która niczego nie podejrzewała.
Ethan wszedł im w drogę z determinacją i pilnością.
„Nie idźcie dalej” – powiedział spokojnym, ale napiętym głosem.
Leave a Comment