I kilka par.
Cień padł na ścieżkę.
A potem kolejny.
Ethan pochylił się bliżej, jego oddech drżał.
„Patrz… spójrz na to…” wyszeptał.
Wyjrzałem przez szczelinę w liściach.
Na szlaku, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, stało dwóch mężczyzn.
Nie byli ubrani jak wędrowcy – ciemne kurtki, rękawiczki, czapki baseballowe naciągnięte nisko na głowę.
Jeden z nich niósł dużą torbę podróżną, która wydawała się zbyt ciężka, taką, która zsuwa się z ramion.
Drugi mężczyzna zatrzymał się i powoli odwrócił głowę, obserwując las, jakby spodziewał się, że ktoś go obserwuje.
Potem uniósł rękę i przemówił do radia przypiętego do kołnierza.
Wtedy torba podróżna poruszyła się, wydając z wnętrza stłumiony dźwięk – niski, ludzki.
Ścisnął mi się żołądek.
Bo to nie brzmiało jak sprzęt.
Leave a Comment