„Nie wydawaj żadnego dźwięku!”
Zanim zdążyłam zapytać, co ma na myśli, złapał mnie za nadgarstek i poprowadził Lily za kaptur płaszcza, gdy zboczyliśmy ze ścieżki w gęste zarośla.
Gałęzie drapały mnie po ramieniu.
Oczy Lily rozszerzyły się ze zdumienia, ale Ethan przyłożył palec do ust i bezgłośnie powiedział: „Cisza”.
Skuliliśmy się, wciskając kolana w mokre liście.
Serce waliło mi tak mocno, że czułam je w gardle.
Lily kurczowo trzymała mnie za rękaw, drżąc, jakby wyczuwała strach Ethana, nawet jeśli go nie rozumiała.
Pochyliłem się bliżej, moje usta ledwo się poruszały.
„Ethan… o co chodzi?”
Nie odpowiedział.
Wyglądał przez szpary w krzakach, jakby czekał na jakiś znak.
Wtedy też to usłyszałem – kroki na żwirze.
Nie leniwe kroki wędrowców.
Ciężkie.
Uważne.
Leave a Comment