Kiedy wychodząc spotkałem Denise, zapytała z pogardą: „Dokąd idziesz?”.
Mój głos pozostał spokojny. „Na zewnątrz”. Bo wiedziałem, że prawdziwa eksplozja jeszcze nie nastąpiła.
A kiedy nastąpi, na podjeździe nie będzie płomieni.
To będzie bomba, którą tak naprawdę przewoził samochód.
Tej nocy spałam w pokoju gościnnym mojej koleżanki z pracy, Jenny, ubrana w ubranie, z telefonem przypiętym do piersi niczym pulsometr.
Za każdym razem, gdy dzwoniła, ściskał mnie żołądek. O 6:12 rano zadzwonił mój tata.
„Claire” – powiedziała ochryple – „musisz wrócić. Musimy porozmawiać”.
„Nie wracam” – odparłam. „Nie, dopóki Denise tam jest”.
Gwałtownie odetchnęła. „Dzwoniła firma ubezpieczeniowa. Straż pożarna zgłosiła ją jako podejrzaną.
Denise im powiedziała… powiedziała, że to ty to zrobiłaś”.
Słowa uderzyły mnie jak policzek, mimo że się ich spodziewałam. „Oczywiście”.
Leave a Comment