Miles fizycznie opadł z ulgi. Wziął moje milczenie za uległość. Myślał, że pies się przewrócił.
Moja mama podbiegła, teatralnie całując mnie w powietrzu, a on wylądował pięć centymetrów od mojego policzka. „Audra! Cieszę się, że się udało. Zarezerwowaliśmy dla ciebie specjalne miejsce z tyłu. Tam jest o wiele ciszej, z dala od chaosu”.
Ciszej znaczyło niewidzialnie.
Pozwoliłem, by maître d’hôtel odprowadził mnie do komicznie małego stolika z dwoma blatami, wciśniętego w zacieniony kąt, tuż obok wahadłowych drzwi obsługi kuchennej. Kelnerzy z wprawą ominęli moje krzesło, traktując mnie jak element architektonicznej dekoracji. Miriam zajęła miejsce przy nieco większym stoliku w pobliżu – wystarczająco blisko, by monitorować promień wybuchu, i wystarczająco daleko, by detonacja nastąpiła naturalnie.
Z mojego kąta miałem panoramiczny widok na główny stół. Miles siedział między Genevieve a ojcem niczym książę dworu. Sędzia Theodore Ward był człowiekiem, którego nie trzeba było przedstawiać. Nie dominował w rozmowie; po prostu zakotwiczył salę cichym, przerażającym autorytetem. Patrzyłem, jak Miles śmieje się odrobinę za głośno z błahego żartu. Patrzyłem, jak mój ojciec energicznie kiwa głową na wszystko, co mówi Ward. To był żałosny, pochlebczy pokaz.
Kiedy pierwszy danie z smażonych przegrzebków zostało posprzątane, sędzia Ward zapoczątkował tradycję, o której słyszałem plotki. Wstał, odebrał od zaskoczonego kelnera srebrną tacę z kieliszkami do szampana i zaczął osobiście obchodzić salę, stolik po stoliku. Lubił witać każdego gościa indywidualnie przed daniem głównym.
Miles wyglądał wręcz euforycznie, promieniejąc, gdy jego przyszły teść sprzątał salę.
Usiadłem wygodnie na krześle, delikatnie składając dłonie w dłoniach.
Leave a Comment