Nie wyglądał na spanikowanego.

Wyglądał na profesjonalistę – ciemna bluza z kapturem, czapka baseballowa, telefon w dłoni.

Szybko rozejrzał się po podwórku, jego wzrok wędrował ku tylnym drzwiom, a potem ku oknom, kalkulując.

Podniósł słuchawkę i zaczął mówić.

„Uciekają tylnymi drzwiami.

Ruszać się.”

Ścisnęło mnie w żołądku.

Ryan nie czekał.

Złapał mnie za rękę i pobiegł – nie na ulicę, ale na podwórko swojej sąsiadki, cioci Delgado, gdzie płot był niższy.

Ryan popchnął drzwi i prawie mnie wciągnął.

Ciocia Delgado podlewała rośliny.

Wyglądała na zaskoczoną.

„Co? Ryan? Co…?”

back to top