Nie obejrzałem się. Złapałem za rączkę walizki i otworzyłem drzwi.
„Chyba lepiej pójdę” – usłyszałem głos szefa. „Dzisiejszy wieczór nie poszedł tak, jak planowaliśmy”.
Krzesła skrzypiały, buty stukały, przestrzeń wypełniały stłumione pomruki i niezrozumiałe półzdania.
Zamknąłem drzwi i zszedłem po schodach.
Na zewnątrz było zimno, ale nie było mi zimno. Walizka ledwo ważyła; zawierała tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Zatrzymałem się przed bramą, spojrzałem w okna mieszkania. Światło wciąż się paliło.
W mojej głowie pojawiła się postać Gergő, pośrodku pustego salonu, z garnkiem i plikiem banknotów, wpatrującego się we mnie z zakłopotaniem.
Wibracja telefonu przywróciła mnie do rzeczywistości. Nie odebrałem. Nie chciałem znowu słyszeć tych samych zdań.
Moja dziewczyna już na mnie czekała; tydzień temu zasugerowałem, że będę potrzebował pokoju u niej.
Ruszałem w stronę przystanku autobusowego. Urządzenie znów zawibrowało, a potem w końcu je wyciszyłem. Nie chciałem już odtąd słyszeć niczego z tamtego świata.
Zostawić go tam z jego smażonymi żeberkami, podzielić się Półki lodówki.
Leave a Comment