Więc zapakowałam Noaha i Nathana do bagażnika mojego vana, obiecałam im frytki po pracy i modliłam się, żeby się dobrze zachowywali.
Adres dostawy znajdował się w lśniącej szklanej wieży w centrum miasta.
Takim budynku z idealnie marmurowymi podłogami, że przechodząc przez niego, czujesz się winny.
Zameldowałam się w recepcji z teczką, telefonem i skrzynką owoców Nathana w ręku, a Noah pytał mnie, czy bogaci ludzie naprawdę pracują w takich lśniących budynkach.
„Dwudzieste dziewiąte piętro” – odpowiedziała recepcjonistka.
„Biura prezesa”.
Zmusiłam się do uśmiechu i podziękowałam, ale żołądek mi się ścisnął, gdy to usłyszałam.
Byłam tu już wcześniej.
Nie w ciągu dnia.
Nie przez główne wejście.
Leave a Comment