„Byłeś śledzony” – szepcze. „Z mojego powodu”.
Wpatrujesz się w nią, gorączkowo próbując ułożyć logikę z dymu.
„Miesiącami” – mówisz. „Dlaczego… dlaczego mi nie powiedziałeś?”
Jej oczy migoczą i przez sekundę to dostrzegasz.
T
Strach pod osłoną spokoju, strach, który nie pochodzi z głodu, ale od myśliwych.
„Bo w chwili, gdy się dowiesz” – mówi – „celowo narazisz się na niebezpieczeństwo”.
Eleanor wskazuje na samochody.
„Marco, jedziesz z nami” – mówi bez złośliwości. „I jedziesz, bo już udowodniłeś coś, czego nie da się w ludziach wytresować”.
Przełykasz ślinę.
„Co udowodniłam?”
Eleanor patrzy na kobietę obok ciebie.
Potem patrzy na ciebie z powagą, która brzmi jak zamykanie drzwi.
„Udowodniłeś, że pomożesz komuś, kto nie mógł ci się odwdzięczyć” – mówi.
„I właśnie dlatego wybrała twój kościół”.
Jazda jest cicha, taka cisza, która nuci zaszyfrowane znaczenie.
Siedzisz z tyłu czarnego samochodu, z założonymi rękami, wpatrując się w swoje odbicie w przyciemnianej szybie, jakby to był ktoś obcy. Siedzi naprzeciwko ciebie, wyprostowana, w zapiętym płaszczu, ze wzrokiem wbitym w podłogę, jakby liczyła uderzenia serca.
Chcesz zadać sto pytań, ale każde z nich przypomina minę.
Leave a Comment