Inna dziewczyna, cichsza od pozostałych, odezwała się cicho.
„Ale jest odważna”.
Wszyscy na nią spojrzeli. Wzruszyła ramionami.
„Nie każdy może ignorować takie słowa”.
Cisza.
Potem ktoś prychnął.
„Odważna czy nie, ryba nie może się z nią ożenić”.
Jeśli światem Fumi był hałas, sól i przetrwanie, światem Henry’ego Yelli była cisza, szkło i kontrola.
Jego rezydencja w Lagos nie tylko górowała nad miastem. Ona sama się ogłaszała. Szklane ściany od podłogi do sufitu odbijały panoramę miasta niczym lustro władzy. Włoskie marmurowe podłogi ciągnęły się bez końca, wypolerowane tak perfekcyjnie, że niemal można było w nich dostrzec swoją przyszłość, gdyby się ją miało. Złote oświetlenie akcentowe delikatnie jarzyło, jakby nawet elektryczność w domu została wyszkolona do odpowiedniego zachowania.
To nie był dom.
To było oświadczenie.
A w samym środku siedział Henry Yelli – spokojny, opanowany, drogi.
Oparł się o kremową skórzaną sofę, ubrany w idealnie skrojony ciemny strój, który wyglądał, jakby miał własną łazienkę.
Konto nk. Kieliszek wina spoczywał w jego dłoni nietknięty przez kilka minut, nie dlatego, że zapomniał, ale dlatego, że myślami był gdzie indziej – zawsze pracował, zawsze kalkulował, zawsze budował.
Naprzeciwko niego stał jego asystent z tabletem w dłoni, już lekko spocony, bo praca dla Henry’ego wymagała zarówno inteligencji, jak i siły emocjonalnej.
„Proszę pana” – zaczął ostrożnie asystent – „właśnie wpłynął kwartalny raport od dostawców z wybrzeża”.
Henry nie podniósł wzroku.
„I?”
„Przekroczyli prognozy o trzydzieści procent”.
To przykuło jego uwagę. Powoli uniósł brew.
Leave a Comment