spokojnie, cicho, opanowanie. Za sobą czułam zmianę. Dyskomfort. Uświadomienie sobie, że coś się zmieniło – i że oni już nie są częścią tej zmiany. „Po prostu odejdziesz?” zawołała za mną siostra. Zatrzymałam się na chwilę, nie odwracając się. „Nie” – powiedziałam cicho. „Po prostu nie zostaję tam, gdzie mnie nie szanują”. To była różnica. Nie bieganie. Nie ucieczka. Wybieranie. I kiedy wyszłam, powietrze wydawało się inne – nie lżejsze, nie łatwiejsze. Po prostu… szczere. Bo po raz pierwszy nie trzymałam się czegoś, co nie istniało. Nie próbowałam naprawić czegoś, co już było zepsute bezpowrotnie. Po prostu… szłam naprzód. Niektórzy uważają, że moment, w którym wszystko się rozpada, jest najgorszą częścią historii. Ale czasami… to moment, w którym wszystko w końcu staje się wystarczająco jasne, by je odbudować. A gdybyś tam stała – patrząc, jak cała twoja rzeczywistość rozpada się przed tobą – czy próbowałabyś trzymać się tego, co już odeszło… czy pozwoliłaby temu upaść, wiedząc, że to, co nastąpi, w końcu należy do ciebie?
Leave a Comment