Gospodyni w panice zawołała: „Proszę natychmiast wrócić do domu, panie

Gospodyni w panice zawołała: „Proszę natychmiast wrócić do domu, panie

Oczy Celeste zabłysły. „Przekroczyłaś samą siebie”.

Znasz ten pokój.

To jedyna pożyteczna myśl w twojej głowie. Nie prawda, która rozwala twoje życie, nie furia próbująca cię oślepić, nie wspomnienie Rebekki czytającej przy różach, podczas gdy Sophie spała w koszyku pod figowcem. Tylko pokój. Stara szklarnia. Żeliwne rury. Prowizoryczny ręczny system nawadniania przy zlewie do doniczek, bo Rebecca nigdy nie ufała automatycznemu po zimowych przymrozkach w 2016 roku. Sam go zainstalowałeś z ogrodnikiem, a potem o nim zapomniałeś, bo przez lata nic złego się nie działo.

Nadrzędne stanowisko zajmuje Celeste.

Za daleko.

Maria widzi, że twoje oczy się zmieniają.

Przez ułamek sekundy rozumie.

„Panno Sophie” – powiedziała, a jej głos drżał teraz z premedytacją – „powiedz mi jeszcze raz, jak twoja matka nazywała żółtego ptaka na zewnątrz. Nigdy nie mogę sobie przypomnieć”.

Sophie mruga oczami, zdezorientowana i przerażona.

Potem ze łzami w oczach odpowiada, bo Maria pyta.

„Złoczyńca? Diament słonecznika.”

Celeste odpowiedziała krótko: „Zamknij się”.

To wszystko, czego Maria potrzebuje.

Ciska mosiężnym pogrzebaczem, nie w Celeste, a w szklaną półkę obok zlewu z zupą. Rozbija się z hukiem niczym wystrzał armatni. Wiatr i deszcz eksplodują w jednym gwałtownym potoku. Celeste instynktownie się wzdryga, nóż do papieru wyskakuje gwałtownie z gardła Sophie, a ty odsuwasz się, zanim ta myśl cię dogoni.

Uderzyłeś ich obu tak mocno, że zaparło ci dech w piersiach.

Sophie swobodnie upada na mokre płytki. Maria rzuca się na nią, ciągnąc za kamienną fontannę, akurat gdy Celeste rzuca się w stronę rozlanego kanistra, z zapalniczką wyrwaną z kieszeni. Wpadasz na nią bokiem. Zapalniczka się wyślizguje. Drapie cię po twarzy, szyi, po wszystkim, czego może dosięgnąć. Nie ma w niej już nic eleganckiego. Tylko chciwość z gwoździami.

Pudełko znów się przewraca.

Ślady ropy spływają po ziemi w kierunku korzeni starych pnących róż Rebekki.

Celeste klęka pod nią i chwyta zapalniczkę. Chwytasz ją za nadgarstek, ale ona się wykręca i oboje poślizgujecie się na mokrych kafelkach. Nad nimi rozlega się grzmot tak głośny, że szkło brzęczy. Gdzieś za tobą Maria modli się po hiszpańsku, a Sophie szlocha wtulona w jej ramię.

„Powinnaś była wyjść za mnie, kiedy po raz pierwszy pozwoliłam ci to zauważyć” – syczy Celeste.

Wpatrujesz się w nią, deszcz spływa ci po obu twarzach. „To chyba najsmutniejsze zdanie, jakie ktokolwiek kiedykolwiek wypowiedział w tym domu”.

Jego wyraz twarzy ulega zmianie.

Bezwstyd. Wymagałoby to ludzkiego centrum, którego istnienia nie jesteś już pewien. Przemienia się w nienawiść. Czystą, skoncentrowaną nienawiść. Obiema rękami przykłada zapalniczkę do paliwa. Przekręcasz jej ramię na bok. Płomień wciąż gaśnie, mały, dziki języczek, całując krawędź smugi benzyny.

Ogień rozkwita.

Jak na niemożliwe bicie serca, to jest wspaniałe.

A potem zaczyna się obracać.

Węży się po mokrych kafelkach w szalonych pomarańczowych liniach, biegnąc w stronę zasłon i suchych wiklinowych koszy obok ogrodowych stołków. Maria woła twoje imię. Z całej siły przewracasz najbliższą ceramiczną cysternę. Woda spada na ziemię i gasi stróżkę płomieni, ale kolejny szybko schodzi w stronę róż.

Wtedy system nawadniania szklarni budzi się do życia.

Rozbite szkło i nagły upał spowodowały pęknięcie zaworu awaryjnego. Woda lała się z rur w ogłuszającym, srebrzystym strumieniu. Płomienie zamigotały, rozbłysły raz, a potem zgasły w gęstej, dymiącej mgle. Celeste stała nieruchomo pod tobą, oszołomiona. Wyrwałeś jej zapalniczkę z ręki i wrzuciłeś ją do fontanny.

Werandę wypełniła para i zapach wilgotnego popiołu.

Przez chwilę słychać tylko szum wody.

back to top