Pięć minut później mieszkanie było puste. W zapadającej ciszy słychać było tykanie zegara i odgłos przejeżdżających samochodów.
Irina powoli opadła na kanapę, czując, jak drżą jej kolana. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że ledwo mogła uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Viktor usiadł obok niej i delikatnie wziął ją za rękę.
„Przepraszam” – wyszeptał. „Byłem ślepą idiotką”.
W milczeniu skinęła głową, nie mogąc powstrzymać łez. Wszystkie emocje, które…
Narastające przez cały rok uczucie w końcu wybuchło.
„Wiesz” – kontynuował Viktor – „naprawdę nie rozumiałem… Myślałem, że tak ma być. Rodzina, tradycje, niedzielne obiady… A tak naprawdę po prostu pozwalałem im się z ciebie naśmiewać”.
„Jestem taka zmęczona, Witia” – wyszeptała Irina. „Zmęczona byciem nikim we własnym domu”.
„To się więcej nie powtórzy” – ścisnął jej dłoń mocniej. „Obiecuję”.
Kolejny tydzień minął w niezwykłej ciszy. Telefon nie zadzwonił – nie dzwoniła ani teściowa, ani Olga. Irina po cichu zaczęła przywracać mieszkanie do poprzedniego stanu: odsunęła kanapę, przestawiła rzeczy, kupiła nowy wazon – nie tak piękny jak u mamy, ale wciąż niebieski.
W następną niedzielę rano zadzwonił telefon.
Irina podskoczyła, ale Viktor uspokajająco położył jej dłoń na ramieniu.
„Odbiorę”.
W drzwiach stała Tamara Pawłowna – niezwykle cicha i nieco zdezorientowana.
„Czy mogę wejść?” zapytała, po raz pierwszy od lat czekając na zaproszenie.
Irina skinęła głową. Jej teściowa niepewnie wyszła na korytarz, trzymając w ręku małą paczuszkę.
„Upieczyłam ciasto…” zaczęła. „Według przepisu twojej mamy. Tego, który zawsze chwaliłaś, Irina”.
„Irina” zabrzmiało tak obco, że Irina aż sapnęła.
Leave a Comment