***
Wpatrywałam się w wodę, a krzyk zamarł mi w gardle. Zamieniło się w lodowaty węzeł, który uciskał moje płuca, utrudniając oddychanie. Świat skurczył się do ciemnej plamy na powierzchni jeziora i rozchodzących się fal. Panika, która dopiero co mnie rozdzierała, nagle skondensowała się, zestalając się w coś innego, twardego i ciężkiego. Zapadła się w głąb mojej duszy, zastąpiona przenikliwą, nienaturalną pustką.
W tej pustce usłyszałem odległy dźwięk – *put-put* silnika łodzi. Odwróciłem głowę. Za trzcinami, jakieś sto metrów od brzegu, powoli płynął mały ponton. W środku siedział mężczyzna w wyblakłej kurtce maskującej. Rybak.
Nie krzyknąłem ponownie. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Po prostu uniosłem rękę i wskazałem miejsce, gdzie moja córka zniknęła pod wodą. Mężczyzna w łodzi z początku nie zrozumiał, ale potem musiał rozpoznać moją twarz. Coś w moim bezruchu, w moim zastygłym geście, powiedziało mu więcej niż jakikolwiek krzyk. Gwałtownie obrócił łódź, silnik zawył, a łódź pomknęła w kierunku pomostu, zostawiając za sobą pianę.
Leave a Comment