W środku były teczki z manili, każda z etykietą artysty. Drżącymi rękami wyciągnęłam teczkę O’Keeffe. Certyfikaty autentyczności, paragony z 1979 roku – skromne ceny, gdy jeszcze budowała swoją reputację, wyceny ubezpieczeniowe z ostatnich lat, pokazujące wartości, które przyprawiały mnie o zawrót głowy. Teczka Rockwella zawierała podobną dokumentację: listy z galerii, certyfikaty autentyczności, paragony z początku lat 80., kiedy jego prace były bardziej przystępne cenowo. Każdy obiekt miał papierowy ślad. Każdy podpis był udokumentowany. Każdy zakup był legalny.
Moja żona, moja cicha, skromna żona, nauczycielka sztuki, kolekcjonowała arcydzieła od dziesięcioleci.
Siedziałem tam, otoczony dowodami sekretnego życia Maggie, trzymając w ręku dokumenty, które dowodziły, że to nie były reprodukcje ani pobożne życzenia. Były prawdziwe, autentyczne, cenne ponad wszystko, co sobie wyobrażałem. Ale potrzebowałem profesjonalnego potwierdzenia. Potrzebowałem kogoś, kto mógłby zweryfikować to, co wydawało się niemożliwe. Wyciągnąłem telefon i wyszukałem rzeczoznawców dzieł sztuki w Portland. Pierwsze nazwisko, które się pojawiło, to James Anderson, z imponującymi referencjami i doskonałymi recenzjami. Mój telefon od razu trafił na pocztę głosową. „Panie Anderson, tu Evander Hayes. Niedawno odziedziczyłem pokaźną kolekcję dzieł sztuki i potrzebuję profesjonalnego uwierzytelnienia. Proszę oddzwonić jak najszybciej”.
Rozłączyłem się i rozejrzałem po galerii nowymi oczami. Ile jeszcze obrazów tam było? Co jeszcze ukrywała Maggie? Po raz pierwszy od jej śmierci poczułem, że naprawdę odkrywam, kim naprawdę jest moja żona.
James Anderson oddzwonił po godzinie, jego głos był profesjonalny, ale zaintrygowany. „Panie Hayes, odebrałem pańską wiadomość. Mogę być dziś po południu, jeśli panu to pasuje”.
„Proszę” – powiedziałem z naciskiem. „Muszę wiedzieć, na co patrzę”.
Dwie godziny później, w skromnej limuzynie, przyjechał dystyngowany mężczyzna po pięćdziesiątce, niosąc skórzaną walizkę, która wyglądała jak torba lekarska. James Anderson miał srebrne włosy, łagodne oczy za okularami w drucianej oprawie i postawę kogoś, kto spędził dekady wśród cennych przedmiotów. „Panie Hayes” – powiedział, ściskając mi mocno dłoń – „przykro mi z powodu pańskiej straty. Pańska żona była niezłą kolekcjonerką, jak rozumiem”.
„Ja… chyba tak” – wyjąkałem. „Wciąż próbuję zrozumieć, co ona tu robiła”.
Leave a Comment