Kiedy burza się skończyła, Sophia delikatnie uniosła mnie w górę dotykiem, który bardziej przypominał czułość niż cokolwiek innego.
„Widzisz” – powiedziała cicho, z uśmiechem tak czułym, że aż mnie zabolało w piersi. „Nie ma się czego wstydzić. Tak to się wszystko zaczęło”.
Kiedyś bałem się wracać do domu w weekendy, zwłaszcza gdy Sophia była sama. Nie dlatego, że jej nie lubiłem. Wręcz przeciwnie.
Sophia emanowała słodkim, cierpliwym ciepłem, którego moja matka nigdy nie okazywała, i to właśnie mnie pocieszało. Byłem za młody, a moje uczucia zbyt stłumione.
Tego dnia, gdy jechałem usłanym liśćmi podjazdem, w Portland panowała ciężka cisza. Pomarańczowe liście klonu spadały z pochmurnego nieba. Szare chmury.
Zgasiłem papierosa i usiadłem na chwilę, biorąc głęboki oddech, zanim wszedłem do środka. Sophia powitała mnie swoim zwykłym ciepłym uśmiechem. Miała na sobie dopasowany beżowy sweter, a jej włosy były związane.
Dom przesiąknięty był zapachem wanilii i fajek, kojącym, a zarazem dziwnie nieprzyjemnym. Witaj z powrotem, Liamie.
Zostaw torbę. Jesteś głodna, kochanie? Zawsze używała tego pieszczotliwego określenia, mimo że obie wiedziałyśmy, że nie jest moją prawdziwą matką. Pokręciłam głową i po prostu… się uśmiechnęłam.
Nie, nic mi nie jest. Muszę się tylko na chwilę położyć. Jasne. Wstawaj. Piekę ciasteczka, jeśli zmienisz zdanie.
Podziękowałam jej i szybko uciekłam do swojego pokoju, a moje serce zabiło szybciej, gdy tylko straciłam ją z oczu.
Mój pokój był dokładnie taki, jak go zostawiłam: czysty, uporządkowany i trochę zabałaganiony. Rzuciłam plecak na podłogę i osunęłam się na łóżko.
W głowie miałam chaos. Wciąż nie mogłam otrząsnąć się po tym, co stało się z Chloe.
Jej ostatnie słowa rozbrzmiały mi w głowie. To… za dużo. Nie mogę. Przepraszam. Zalała mnie fala upokorzenia. Po naszym rozstaniu było tylko gorzej.
Plotki rozprzestrzeniły się lotem błyskawicy po akademikach, przechodząc od szeptów do jawnej kpiny. Czułem się jak chodząca marionetka.
Chwyciłem się za głowę, próbując odpędzić te myśli, ale one uparcie mnie trzymały. Noc dłużyła się w nieskończoność. Nie zmieniłem pieluchy, mimo że Sophia mnie wołała. Około dziesiątej rozległo się ciche pukanie do drzwi.
Liam, czy ty…? Wszystko w porządku? Przełknąłem ślinę. Nic mi nie jest, jestem tylko zmęczony. Dobra, jeśli czegoś potrzebujesz, jestem tutaj.
Jej kroki ucichły na korytarzu, zostawiając mnie wpatrzonego w sufit, z mieszaniną ulgi i pustki.
Sophia zawsze była taka niewinna. To właśnie ta niewinność sprawiała, że nie mogłem przestać o niej myśleć, mimo że wiedziała, że nie powinna.
Leave a Comment