Milczałem przez kilka sekund, patrząc przez okno na morze.
—Oczywiście… — odpowiedziałem w końcu.
—Świetnie.
—A żeby było wygodniej, możesz wziąć mały pokój z tyłu.
—Sypialnia główna jest lepsza dla nas, z dziećmi, wiesz.
—Wiesz.
Jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
Przełknąłem ślinę i uśmiechnąłem się, chociaż on tego nie widział.
—Tak, synu.
—Nie martw się.
—Upewnię się, że wszystko jest gotowe.
Odłożyłem słuchawkę i stanąłem nieruchomo na środku salonu.
Patrzyłem na świeżo pomalowane ściany, zasłony, które sam uszyłem, na dużą sypialnię, w której w końcu mogłem spać bez płaczu.
Coś we mnie stwardniało jak gips, kiedy wyschnie i nie da się go już ukształtować.
Pracowałem bez przerwy przez trzy tygodnie, zanim przyjechali.
Przestawiałam meble, opróżniałam szafy, rozbierałam rzeczy, które miałam nadzieję uporządkować.
Kiedy w końcu zaparkowali przed domem i śmiejąc się wysiedli z samochodu, siedziałam już na tarasie, czekając na nich.
„Mamo!” krzyknął Álvaro, niosąc walizki.
„Nie możemy się doczekać, żeby zobaczyć dom!”
Otworzyłam drzwi i pozwoliłam im wejść pierwszym.
Minęło niecałe dziesięć sekund, a ich uśmiechy zniknęły.
Weszli, rozmawiając jednocześnie, dzieci biegły korytarzem, a Laura lustrowała przestrzeń cichym, krytycznym spojrzeniem, które zawsze wprawiało mnie w zakłopotanie.
Ale kiedy skręcili w lewo – tam, gdzie wcześniej był przestronny salon z widokiem na morze – nagle się zatrzymali.
Ściana między salonem a główną sypialnią zniknęła.
Zniknął też apartament.
Leave a Comment