„Proszę pani?” – zapytał kierowca, patrząc na mnie w lusterku wstecznym.
„Zjedź na pobocze!”
Kierowca gwałtownie skręcił na krawężnik. Otworzyłam drzwi i wychyliłam się. Wcisnęłam palce do gardła. To było gwałtowne, bolesne i niegodne, ale zmusiłam się do wymiotów. Wymiotowałam, aż żołądek był pusty, aż piekło mnie w gardle i wyrzucałam z siebie tylko żółć i kwas na przydrożny trawnik.
Opadłam z powrotem na siedzenie, łapiąc powietrze. Łzy spływały mi po twarzy. Czułam się słaba, wydrążona, ale miażdżący ciężar na mojej świadomości nieco ustąpił. Zyskałam na czasie.
„Zabierz mnie do St. Jude’s” – wyszeptałam ochrypłym głosem. „Nie prywatna klinika. Szpital publiczny”.
Mark szukałby mnie w prywatnych klinikach, tych, gdzie za pieniądze można kupić ciszę. W szpitalu St. Jude’s panował chaos, papierkowa robota i procedury. To było dokładnie to, czego potrzebowałam.
Dotarliśmy na izbę przyjęć. Wytoczyłam się, w rozczochranym ubraniu, cuchnąc chorobą. Pielęgniarka podbiegła do mnie, gdy ugięły się pode mną kolana. Złapałam ją za fartuch i przyciągnęłam do siebie.
„Posłuchaj mnie” – wyszeptałam, bełkotliwie, gdy zapadła ciemność. „Toksykologia. Teraz. Moja teściowa… otruła mnie. Środki uspokajające. Zachowaj próbki. Wezwij policję”.
W końcu ciemność mnie ogarnęła.
Obudził mnie jednostajny, rytmiczny dźwięk monitora. Zapach antyseptyku wypełnił mój nos. Zamrugałam, powieki mi opadły.
Na krześle obok mojego łóżka siedział policjant z notesem na kolanie. Lekarz stał przy oknie, patrząc na kartę.
„Pani Thorne?” – zapytał cicho lekarz.
„Znalazła ją pani?”
Leave a Comment