Adrenalina, zimna i ostra, zalała mój organizm, walcząc z narastającą mgłą środka uspokajającego. Serce waliło mi o żebra jak uwięziony ptak. Vermont. Prywatny zakład. Pełnomocnictwo. Nie tylko próbowali ukraść mi spadek, ale próbowali mnie wymazać.
Spojrzałem na Mię. Dziewczynka drżała, jej małe dłonie zacisnęły się w pięści. Uratowała mi życie, ale była przerażona.
„Oddaj mi to” – wyszeptała, wyrywając urządzenie z moich zdrętwiałych palców. Pobiegła z powrotem na kanapę akurat w chwili, gdy drzwi kuchenne się otworzyły.
Otwarte.
Weszła Constance, niosąc paterę z idealnie oszronionym biszkoptem. Spojrzała na mnie, jej wzrok szukał opadających powiek, bełkotu w mojej mowie.
Spojrzałam na zegarek. Minęło pięć minut. Zostało dziesięć.
Panika ścisnęła mnie za gardło. Jeśli się z nimi skonfrontuję, przegram. Mark był silniejszy ode mnie. Było ich dwoje; ja byłam jedna i szybko traciłam kontrolę nad motoryką. Moje palce były grube, oderwane od mózgu. Jeśli zemdleję tutaj, obudzę się w wyściełanym pokoju, oznaczona jako szalona, a mój majątek zostanie przepisany na tych samych ludzi, którzy mnie tam wsadzili.
Musiałam wyjść. Natychmiast. I potrzebowałam świadków. Potrzebowałam sceny tak głośnej i publicznej, że nie będą mogli zamieść jej pod dywan.
Wstałam, celowo się chwiejąc. Potem wydałam z siebie krzyk – gardłowy, zwierzęcy dźwięk, który przerwał grzeczną ciszę domu.
„MÓJ ŻOŁĄDEK!” Wrzasnęłam, zginając się wpół i osuwając na perski dywan. Wiłam się, przewracając stolik kawowy. Porcelanowe filiżanki roztrzaskały się, rozrzucając po podłodze odłamki porcelany. „BOLI! O BOŻE, BOLI!”
Constance upuściła paterę na ciasto. Uderzyła o podłogę z głuchym hukiem, niszcząc biszkopt. Mark wbiegł z korytarza, blady na twarzy.
„Co się dzieje?” – krzyknął Mark z paniką w głosie – ale nie z troską o mnie. To była panika, że plan legł w gruzach.
Leave a Comment