mnie na ławce. „Mam na imię Dolores. Ale większość ludzi tutaj mówi na mnie Dolly. A ty jak?”
Zawahałam się. „Marissa”.
„Ładne imię” – powiedziała, mocniej naciągając rękawiczki. Jej oczy, jasnoniebieskie i zaskakująco przejrzyste, zmierzyły moją twarz, po czym na chwilę opadły na brzuch. „Aha. Więc o to chodzi”.
Poczułam, jak pieką mnie policzki. „Moi rodzice mnie wyrzucili” – wyszeptałam.
„Więc nie wykonywali pracy, do której rodzice są stworzeni, prawda?” – powiedziała stanowczo. „To ich strata. No, wstawaj. Wracasz ze mną do domu”.
Wpatrywałam się w nią zaskoczona. „Nawet cię nie znam”.
Zachichotała. „A jednak tylko ja oferuję ci dach nad głową tej nocy. Nie martw się, dziecko, może i jestem ekscentryczna, ale nie jestem niebezpieczna. Zapytaj kogokolwiek w mieście. Od dziesięcioleci karmię bezdomne koty i bezdomnych ludzi”. Pochyliła się z konspiracyjnym uśmiechem. „Tak się składa, że jesteś jednym i drugim”.
O mało się nie roześmiałam, i to było dziwne uczucie po tylu godzinach rozpaczy. Wbrew wszelkim wpajanym mi instynktom, by nie ufać obcym, wstałam i poszłam za nią. W Dolly coś emanowało bezpieczeństwem, nawet jeśli była niekonwencjonalna.
Leave a Comment