Włożyłam dżinsy i ciemną bluzę z kapturem, a ręce trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo mogłam zawiązać trampki. Nie ufaj swojej matce. Słowa te odbiły się echem w cichym domu.
Wpełzłam do korytarza. Deski podłogowe naszego domu w stylu kolonialnym były zdradliwe, podzwaniały przy każdym kroku. Znałam mapę skrzypień na pamięć. Przemierzałam je jak złodziej, zatrzymując się przed drzwiami Becci.
Moja siostra miała dwanaście lat. Spała w splątanej pościeli, z lekko otwartymi ustami, śniąc o rzeczach, które nie wiązały się z nocnymi ucieczkami.
Wślizgnąłem się do środka, zamykając drzwi, aż zasuwka cicho zatrzasnęła się. Uklęknąłem przy jej łóżku. Najtrudniejsze nie było jej obudzenie, ale uciszenie.
Mocno przycisnąłem dłoń do jej ust, po czym potrząsnąłem jej ramieniem. Jej oczy szeroko się otworzyły, niczym szerokie tarcze paniki w blasku księżyca. Poczułem, jak zaciska szczęki, a w jej gardle narasta krzyk, gdy dotykała mojej dłoni.
Pochyliłem się, muskając ustami jej ucho. „Cicho. Tata wysłał wiadomość alarmową. Musimy wyjść. Natychmiast. Ani słowa”.
Becca zamarła. Wpatrywała się we mnie, jej klatka piersiowa falowała. Widziałem pytania krążące za jej okularami, ale powoli skinęła głową, nie zwracając uwagi na moją dłoń.
Puściłem ją. „Buty” – wyszeptałem. „I bluzę z kapturem. Idź”.
Poruszyła się z drżącym posłuszeństwem, które złamało mi serce. Złapałem parę dżinsów z podłogi i rzuciłem jej je. Włożyła je na piżamę, a ręce trzęsły jej się tak bardzo, że nie mogła zapiąć guzika. Zrobiłem to za nią, a potem wcisnąłem jej stopy w trampki Converse.
„Okno” – zasygnalizowałem.
Moskitiera w oknie Becci była luźna od lat – fakt, który wykorzystywałem, żeby wymykać się na imprezy. Teraz to była nasza jedyna droga ucieczki. Oderwałem ją i spojrzałem w dół. Do ściółki na grządce kwiatów było jakieś dwa i pół metra.
Najpierw rzuciłem nasze plecaki. Wylądowały z cichym łupnięciem.
„Nie mogę” – wyszeptała Becca, patrząc na ciemną przepaść.
„Musisz”. Złapałem ją za nadgarstki. „Opuszczę cię. Na dole jest miękko. Zaufaj mi”.
Przelazła przez parapet. Trzymałem ją, aż poczułem pieczenie w ramionach, a potem puściłem. Zeszła na ostatnie kilka metrów, lądując w kucki. Sekundę później poszedłem za nią, uderzając o ziemię i tocząc się, żeby zamortyzować uderzenie. Kostka skręciła mi się o korzeń drzewa, a ostry ból przeszył całą nogę, ale przygryzłam wargę i zmusiłam się, żeby wstać.
Wyszłyśmy.
Złapałam Beccę za lodowatą dłoń i pociągnęłam ją w stronę tylnego ogrodzenia. Dom majaczył za nami niczym mroczny monolit. Błękitne światło telewizora wciąż migotało na tle żaluzji w salonie. Mama była tuż obok, popijając wino i oglądając detektywów rozwiązujących morderstwa, podczas gdy jej córki uciekały w noc.
Przeskoczyłyśmy ogrodzenie – najpierw ja, ciągnąc Beccę – i zeskoczyłyśmy na podwórko sąsiada. Pobiegłyśmy. Zatrzymałyśmy się dopiero trzy ulice dalej, z płucami palącymi w chłodnym nocnym powietrzu.
Cliffhanger:
Wyciągnęłam telefon spod brzęczącej latarni. 2:10 w nocy.
Siedem minut od SMS-a. Wybrałam numer taty. Od razu włączyła się poczta głosowa. Wtedy na ekranie pojawił się nowy SMS. Nie od taty. Od mamy. Gdzie jesteście, dziewczyny? Usłyszałam hałas na górze.
Rozdział 2: Fasada się wali
Krew mi zmroziła krew w żyłach. Swobodny ton SMS-a był przerażający. Skoro usłyszała hałas, po co pisała? Czemu nie pobiegła na górę? Chyba że już wiedziała. Chyba że sprawdzała, czy dałyśmy się nabrać.
„Kto tam?” zapytała Becca cienkim, piskliwym głosem.
„Mamo” – powiedziałam. „Wie, że nas nie ma”.
Leave a Comment