Delikatnie wprowadziłam ją do środka i zamknęłam za nami drzwi. Moja ręka automatycznie sięgnęła po telefon. Przewinęłam listę kontaktów do numeru zapisanego jako „A.W.” Andriej Wiktorowicz, mój były kolega, a obecnie kapitan komendy okręgowej policji. Człowiek, który był mi winien przysługę w związku z incydentem sprzed piętnastu lat, w który zamieszany był jego lekkomyślny siostrzeniec.
„Kapitan Miller” – powiedziałam spokojnym i opanowanym głosem. Zawodowy nawyk wziął górę. „Mówi Katherine. Potrzebuję twojej pomocy. To moja córka”.
Anna patrzyła na mnie z szeroko otwartymi ze strachu oczami. Przycisnęłam telefon do ucha ramieniem i otworzyłam szufladę w przedpokoju, gdzie wciąż trzymałam kilka starych przyborów do pracy. Wyciągnęłam cienkie skórzane rękawiczki i powoli, metodycznie je włożyłam. Znajome uczucie znoszonej skóry na skórze było jak zakładanie munduru. Stanowiło barierę między mną, matką, a zimnym, wyrachowanym śledczym, który właśnie przejął kontrolę.
„Nie martw się, kochanie” – powiedziałam do Anny, odkładając słuchawkę. Ostatnie słowa kapitana Millera wciąż dźwięczały mi w uszach: „Zorganizuję wszystko. Załatwimy to zgodnie z przepisami”. „Jesteś już bezpieczna”.
W myślach już gromadziłem akta sprawy. To nie była tylko zemsta matki. To miało być śledztwo zgodne z przepisami, a ja miałem być głównym konsultantem. Leo Szuwałow, mój obiecujący zięć, mężczyzna z białym uśmiechem i zimnymi oczami, właśnie popełnił przestępstwo przeciwko członkowi rodziny funkcjonariusza organów ścigania. W naszym świecie to się nazywa okoliczność obciążająca.
„Idź do łazienki” – powiedziałem, a mój głos przybrał ton, jakiego używałem wobec ofiar na miejscu zbrodni. „Musimy sfotografować wszystkie obrażenia, zanim się umyjesz. Potem pojedziemy na ostry dyżur po oficjalny raport medyczny”.
„Boję się, mamo” – wyszeptała, drżąc. „Powiedział, że jeśli kiedykolwiek odejdę, to mnie znajdzie…”
„Niech spróbuje” – powiedziałam, czując zimny ogień w piersi. Pomogłam jej zdjąć płaszcz, dokumentując siniaki na jej ramionach aparatem w telefonie. „Widziałam setki domowych tyranów, Anno, wszyscy przekonani o swojej nieśmiertelności. I widziałam, jak kończą się ich historie. Obiecuję ci, że ta historia będzie miała sprawiedliwe zakończenie”.
Kiedy myła twarz, mój telefon zadzwonił ponownie. Nieznany numer.
„Halo, Kate? Tu Irina” – powiedział znajomy głos. To była sekretarka sędziego Thompsona, kolejnego starego znajomego z pracy. „Właśnie dzwonił do mnie kapitan Miller. Już przygotowałam papiery. Sędzia ma dziś dyżur. Przyprowadź Annę prosto do sądu. Na miejscu podpisze nakaz ochrony w nagłych wypadkach”.
System już ruszył. Tryby sprawiedliwości, które tak dobrze znałam, zaczęły się kręcić.
W szpitalu mój stary przyjaciel, dr Evans, ordynator oddziału urazowego, osobiście zbadał Annę. Diagnoza była ponura. „Liczne krwiaki w różnym wieku” – powiedział mi cicho na korytarzu. „To nie pierwszy raz, kiedy ją uderzył. Na żebrach ma ślady starych, zagojonych złamań”. Zauważył również jej wysokie ciśnienie krwi. „Biorąc pod uwagę jej stan, zdecydowanie zalecam hospitalizację w celu monitorowania ciąży”.
Ale Anna odmówiła. „On mnie znajdzie” – nalegała. „Ma wszędzie znajomości”.
Leave a Comment