Derek sprawdzi telefon. Żadnych nieodebranych połączeń od Eleanor. Żadnych policyjnych syren wyjących na długim podjeździe. Uśmiechnie się tym rekinim uśmiechem, wierząc, że jego wpływy ponownie stłumiły prawdę. Ufał systemowi, bo był jego właścicielem.
„Ta stara jędza pewnie hiperwentyluje w poczekalni” – szydził, luzując krawat. „Ona nie ma jaj do walki. Ona bilansuje księgi, Marcus. Nie bilansuje wagi”.
Miał trochę racji. Ja bilansowałem księgi. A dziś wieczorem miałem zamknąć konto.
Zatrzymałem samochód na poboczu drogi, pół mili od bramy. Znałem kod dostępu dla służby; Sarah dała mi go miesiące temu, „na wszelki wypadek”. Resztę drogi przeszedłem pieszo, deszcz przesiąkał mi przez płaszcz, przeszywając mnie na wskroś. Ale chłód był dobry. Skupiał wściekłość, kondensował ją.
Dotarłem do podjazdu. Dom majaczył przede mną, mroczny potwór wieżyczek i kamienia. Światło sączyło się z okna gabinetu i głównej sypialni.
Obserwowałem z cienia żywopłotu. Zobaczyłem, jak Marcus wychodzi, klepiąc Dereka po ramieniu i śmiejąc się. Śmiejąc się. Moja córka chłodziła się na metalowej płycie, a oni się śmiali.
Derek zamknął drzwi wejściowe na klucz. Usłyszałem ciężki odgłos zatrzaskiwanej zasuwy.
„Cały i zdrowy” – wyobraziłem sobie, jak mruczy.
Poszedł na górę spać, nieświadomy, że zasuwka to Schlage B60 – zamontowana przez ślusarza, którego poleciłem. Ślusarza, który był mi winien przysługę za naprawienie jego kontroli podatkowej. Ślusarza, który dał mi kopię klucza głównego.
Klucz wsunął się do zamka z niemal erotycznym uczuciem płynności. Nie było żadnego oporu. Zapadki ustawiły się w jednej linii z cichym kliknięciem, dźwiękiem głośniejszym niż strzał z pistoletu w moim stanie podwyższonej świadomości.
Pchnąłem drzwi i wszedłem do holu.
W domu pachniało nim. Drogą wodą kolońską, zjełczałą szkocką i delikatnym, miedzianym posmakiem wybielacza. Wyczyścili, ale nie dostatecznie dobrze. Nie dla oczu matki.
Cicho zamknęłam za sobą drzwi. Byłam duchem w grobowcu.
Ominęłam trzeci stopień schodów. Zaskrzypiał. Wiedziałam o tym, bo Sarah mnie przed nim ostrzegała, śmiejąc się i mówiąc, że po tym poznaje, kiedy Derek się do niej skrada.
Przeszłam do salonu. Dywan był lekko poruszony. Uklękłam, odciągając róg. Drewniana podłoga pod spodem była poplamiona na ciemno. Wyszorowali powierzchnię, ale krew wsiąka głęboko. Wnika w słoje. Staje się częścią fundamentu.
Zimna furia ścisnęła mi pierś, wstrzymując oddech. To tutaj umarła. Widziałam rozbity wazon na kominku, źle sklejony. Dziura w płycie gipsowo-kartonowej przy podłodze została pospiesznie zaszpachlowana, wciąż mokra w dotyku.
Wstałam. Mój oddech był płytki, kontrolowany. Nie byłam tu, żeby krzyczeć. Nie byłam tu, żeby opłakiwać. Działałam na lodzie.
Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem telefon na kartę, który kupiłem po drodze na stacji benzynowej. Położyłem go na stoliku, ukryty za stertą czasopism. Nagrywał.
Potem ruszyłem w stronę kuchni. Nie sięgnąłem po noże. To było zbyt osobiste, zbyt bałaganiarskie. Podszedłem do szuflady z narzędziami. Wyjąłem rolkę taśmy klejącej i ciężki, mosiężny tłuczek do mięsa. Czułem, że jest ważny w mojej dłoni. Obciążony.
Spojrzałem na zegarek. 5:30 rano.
Teraz pewnie spał głęboko, alkohol wciągał go w ciemność.
Wpełzłem po schodach. Dom zdawał się oddychać wokół mnie, niczym spiskowiec w swoim własnym wyzwoleniu. Dotarłem do korytarza prowadzącego do głównej sypialni. Drzwi były uchylone.
Pchnąłem je.
Derek leżał rozciągnięty na łóżku king-size z otwartymi ustami i rytmicznie chrapał. Dźwięk był obsceniczny. Jak on mógł spać? Jak jego ciało mogło znaleźć ukojenie, skoro właśnie zgasił światło tak jasne jak Sara?
Ale nie był sam.
W fotelu w kącie siedział Marcus. Nie wyszedł; musiał wrócić albo zemdleć, czekając na taksówkę.
Zamarłem. Dwa cele.
Leave a Comment