Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, gromadząc się w stopach. W pomieszczeniu zapadła głucha cisza. Nikt się nie poruszył. Nikt nie oddychał.
„W końcu zrezygnowała z prób konkurowania ze mną” – powiedziała Rebecca radosnym głosem, który odbił się echem od wysokich sufitów. „Wszyscy wiemy, że i tak nie nadawała się na matkę. Teraz możemy skupić się na prawdziwym wnuku”.
„Rebecca!” – krzyknął Michael, chwytając ją za ramię. „Przestań!”
„Co?” Rebecca zaśmiała się piskliwie, maniakalnie. „Wszyscy, nie bądźcie tacy poważni! To żart! Elizabeth jest cała i zdrowa, prawda? Teraz zna swoje miejsce”.
Wstałam. Nogi trzęsły mi się tak bardzo, że musiałam chwycić się krawędzi stołu.
„To obrzydliwe, Rebecca” – powiedziałam. Mój głos był cichy, ale w tej ciszy zabrzmiał jak krzyk. „Świętujesz śmierć mojego dziecka?”
Nagle głowa mi pękła.
plecy. Ból eksplodował mi w głowie.
Martha stała za mną, jej dłoń wplątała się w moje włosy, szarpiąc mnie do tyłu.
„Nie reaguj przesadnie na coś takiego!” syknęła Martha, a jej oddech owiał mi ucho. „Nie umiesz żartować? Zawsze psujesz szczęście swojej siostry!”
„Puść ją!” krzyknęła Helen, rzucając się do przodu.
„To nie ma z tobą nic wspólnego!” odkrzyknęła Martha, ciągnąc mnie w stronę środka pokoju.
Szturchałam się, drapiąc ją po dłoniach. „Puść, mamo!”
John stanął między nami, ale zamiast mi pomóc, zablokował Daniela. „Elizabeth, uspokój się! Rebecca właśnie rzuciła trochę niestosowny żart. Nie chciała cię skrzywdzić”.
„Powiedziała, że świętuje śmierć mojego dziecka!” krzyknęłam, a łzy zalały mi oczy.
„Za bardzo się tym przejmujesz” – prychnęła Martha, zaciskając mocniej palce na moich włosach. „To było tylko poronienie. Możesz mieć kolejne… jeśli dasz radę”.
Coś we mnie pękło. Wykręciłam się gwałtownie, próbując się wyrwać. Martha, rozwścieczona moim oporem, popchnęła mnie.
Byłyśmy blisko balustrady antresoli – pięknej, kutej żelaznej bariery, którą wybrałam ze względu na estetykę, a nie na bójkę.
„Puść!” – krzyknęłam.
„Znaj swoje miejsce!” – wrzasnęła Martha.
A potem pchnęła. Mocno.
To nie było potknięcie. To było pchnięcie.
Straciłam równowagę. Moje obcasy ślizgały się na wypolerowanym marmurze. Uderzyłam w poręcz w pasie, a pęd poniósł mnie na drugą stronę.
„Elizabeth!”
Krzyk Daniela był ostatnią rzeczą, jaką usłyszałam. Zobaczyłam jego dłoń sięgającą w moją stronę, opuszki palców muskające powietrze kilka centymetrów od moich.
Kiedy upadłam do tyłu na otwartą przestrzeń atrium, czas się rozciągnął. Zobaczyłam twarz Rebekki – szok, owszem, ale i błysk satysfakcji. Zobaczyłam rękę mojej matki wciąż wyciągniętą, dociskającą pchnięcie.
To już koniec, pomyślałam.
Wtedy grawitacja przejęła kontrolę.
Uderzyłam w twardą marmurową podłogę holu poniżej. Ostry, biało-gorący trzask przeszył moje ramię i plecy. Straciłam dech w piersiach.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam, był sufitowy mural, który zaprojektowałam. Anioły patrzące w dół. Jak ironia.
Potem ciemność pochłonęła mnie całkowicie.
Białe.
Wszystko było białe. I zapach – ostry, chemiczny środek dezynfekujący.
„Liz? Liz, słyszysz mnie?”
To był głos Daniela, ochrypły i szorstki.
Mrugnęłam, próbując skupić wzrok. W polu widzenia pojawiła się twarz. Daniel. Wyglądał, jakby nie spał od kilku dni.
„Daniel?” Mój głos był jak zardzewiały zawias. „Gdzie?”
Leave a Comment