„Pani Vance” – zaczął, a jego głos zniżył się do nabożnej ciszy. „Witamy ponownie w The Azure. Czy mam przygotować…”
Przerwałam mu ostrym, ostrzegawczym spojrzeniem i lekkim, niemal niezauważalnym pokręceniem głową. Jeszcze nie.
„Poproszę stolik dla trzech osób” – powiedziałam gładkim, niczym się nie wyróżniającym głosem. „Mój mąż upiera się, żeby połączyć pracę z naszą rocznicą”.
Mark zaśmiał się nerwowo, dźwiękiem przypominającym szelest suchych liści na chodniku. „Daj spokój, El, nie bądź taka. Jessica jest kluczowa. Musimy ją zaprosić na kolację z winem”.
Wtedy nadeszła.
Jessica.
Nie chodziła, tylko krążyła. Była młoda, miała może dwadzieścia cztery lata, ubrana w czerwoną sukienkę, która była raczej sugestią niż strojem. Jej wzrok był bystry, wyrachowany, rozglądał się po sali nie w poszukiwaniu piękna, a ofiary.
„Mark” – mruknęła, całkowicie mnie ignorując. Wtuliła się w niego pod ramię, przytulając się do niego z poufałością, która przyprawiła mnie o mdłości. „Obiecuję, że nie zostanę za długo. Uwielbiam po prostu dobry widok”.
Nie patrzyła na ocean, patrzyła na portfel Marka. A Mark, ten idiota, promieniał.
„Tędy” – powiedział Philippe, zaciskając szczękę. Zaprowadził nas do stolika numer 4, idealnego miejsca przy oknie, zazwyczaj zarezerwowanego dla członków rodziny królewskiej lub gwiazd z listy A.
Kiedy usiedliśmy, Jessica wzięła kartę win. Otworzyła ją i głośno westchnęła.
Leave a Comment