Priorytet pierwszy: Zabezpieczyć aktyw (mojego syna).
Priorytet drugi: Wyeliminować wrogów.
Podszedłem do drzwi prowadzących do piwnicy. Podważyłem zamek i wślizgnąłem się do środka. Piwnica była w pełni wyposażoną prywatną kliniką medyczną. A tam, na środku, stał inkubator.
W środku leżał malutki, wiercący się chłopiec. Miał ciemne włosy. Moje włosy.
„Jestem tutaj, kolego” – wyszeptałem, kładąc dłoń w rękawiczce na szybie. „Tata jest tutaj”.
Usłyszałem kroki na schodach.
„Sprawdź poziomy” – dobiegł głos Victora. „Dominic, sprawdź generator”.
Schowałem się za stosem butli z tlenem. Dominic wpadł do pokoju, oświetlając latarką. Podszedł do inkubatora i mocno postukał w szybę.
„Mały drań” – zadrwił.
To było to. Wyszedłem. „Nie dotykaj go”.
Dominic obrócił się, sięgając po pistolet. Był za wolny. Złapałem go za gardło i rzuciłem nim o ścianę.
„Cicho” – wyszeptałem. „Obudzisz dziecko”.
Ścisnąłem. Zmiażdżyłem mu tchawicę – nie na tyle, żeby zabić natychmiast, ale na tyle, żeby mieć pewność, że nigdy więcej nie będzie oddychał bez rurki. Osunął się na podłogę. Zabrałem mu pistolet i telefon.
Wysłałem SMS-a na czat grupowy z telefonu Dominica: Generator szwankuje. Wyślij Evana.
Dwie minuty później Evan zszedł na dół. Unieszkodliwiłem go chwytem duszącym, zanim mnie zobaczył. Zaciągnąłem ich obu do schowka z zapasami.
Spojrzałem na butle z tlenem. Łatwopalne. Poluzowałem zawór, pozwalając gazowi z sykiem przedostać się do pomieszczenia. Odłączyłem inkubator od prądu – miał zapasowy akumulator – i załadowałem go na wózek.
Wytoczyłem syna przez drzwi przeciwsztormowe i schowałem wózek za gęstym żywopłotem pięćdziesiąt metrów dalej. Potem wróciłem do drzwi, zapaliłem flarę i krzyknąłem:
„VICTOR!”
Wrzuciłem flarę do wypełnionego gazem pomieszczenia i zatrzasnąłem drzwi.
BUUM.
Eksplozja wybiła okna w piwnicy i zatrzęsła fundamentami. Z otworów wentylacyjnych buchnął dym. Pobiegłem z powrotem do żywopłotu, kołysząc wózkiem. „Tylko fajerwerki, Leo. Tylko fajerwerki”.
Drzwi wejściowe do rezydencji otworzyły się gwałtownie. Victor i pozostali synowie wyszli na zewnątrz, kaszląc, oślepieni dymem. Myśleli, że dziecko się pali.
Obserwowałem ich zza linii drzew. Mógłbym ich wszystkich zastrzelić. Ale śmierć była zbyt łatwa.
Podniosłem telefon Dominica. Podczas gdy oni walczyli z ogniem, ja uzyskałem dostęp do ich zagranicznych kont. Dominic miał zapisane wszystkie hasła. Arogancja.
Przelałem każdy cent – miliony dolarów – na rzecz organizacji charytatywnej dla ofiar przemocy domowej. Następnie przesłałem akta dotyczące ich nielegalnego handlu bronią do FBI i „Washington Post”.
„Szach-mat” – wyszeptałem.
W oddali wyły syreny. Nadjeżdżała policja. Victor też ją usłyszał.
Leave a Comment