Nie zostały wyważone, zostały wyważone.
Dwa huknięcia i huki wpadły do kuchni. BUM. BUM.
Białe światło i ogłuszający hałas wypełniły pomieszczenie. Goście krzyczeli.
W dymie zmaterializowały się cztery postacie. Poruszały się z płynną gracją wody, z uniesioną bronią, rozglądając się po pomieszczeniu. Miały na sobie pełne wyposażenie taktyczne, żadnych insygniów, tylko naszywki z napisem MP.
„Zabezpieczyć generała!” – krzyknął dowódca zespołu.
Utworzyli obwód wokół mnie i Marka.
Pułkownik wszedł przez zniszczone drzwi. Nie miał na sobie sprzętu taktycznego. Był w mundurze służbowym.
ma, nieskazitelny i ostry.
Zobaczył mnie. Zatrzymał się. Zasalutował tak energicznie, że mógłby ciąć szkło.
„Generał Vance” – powiedział. „Ptak czeka, proszę pana”.
Odwzajemniłem salut, trzymając pewnie rękę. „Spocznij, pułkowniku”.
Mark jęknął z podłogi. „Aresztujcie go!” – wybełkotał z ustami pełnymi krwi. „On jest szalony! Złamał mi rękę! To tylko mój teść!”
Pułkownik spojrzał na Marka. Spojrzał na niego z tym samym wyrazem twarzy, jaki można by zarezerwować dla karalucha znalezionego w sałatce.
„Właśnie próbowałeś utopić wnuka generała Silasa Vance’a, byłego Przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów” – powiedział pułkownik. „Zaatakowałeś chroniony obiekt”.
„On jest nikim!” – zapłakał Mark. „Mieszka w moim garażu!”
„Mieszka w twoim garażu, bo postanowił chronić swoją krew” – poprawił go pułkownik. „Nie idziesz do szpitala, synu. Jedziesz z nami na „odprawę”. Mamy kilka pytań dotyczących twoich zeznań podatkowych i historii internetu, które właśnie odkryli nasi analitycy”.
Dwóch policjantów postawiło Marka na nogi. Krzyczał, gdy go skuli, nie kajdankami policyjnymi, a opaskami zaciskowymi. Wyciągnęli go za drzwi w kierunku czekającego opancerzonego SUV-a, który zajechał na trawnik.
„Leo” – powiedziałem.
„Zabezpieczony, proszę pana” – powiedział pułkownik. „Sierżant Ramirez ma go w helikopterze. Pyta o ciebie”.
Rozejrzałem się po kuchni po raz ostatni. Spojrzałem na przerażonych gości, rozlane piwo, roztrzaskane drzwi.
Wyszedłem.
Podwórko było zasnute burzą kurzu i liści. Black Hawk stał na zadbanym trawniku, jego wirniki leniwie się kręciły.
Wsiadłem na pokład. Leo siedział na rozkładanym fotelu z za dużymi słuchawkami. Trzymał kartonik soku, oczy miał szeroko otwarte, ale nieustraszone.
Zobaczył mnie i uśmiechnął się.
„Dziadku!” krzyknął, przekrzykując hałas.
Usiadłem obok niego i zapiąłem pasy. Przyciągnąłem go do siebie.
„Chodźmy, żołnierzu” – powiedziałem. „Opuszczamy bazę”.
Rozdział 6: Nowe dowództwo
Sześć miesięcy później
Słońce zachodziło nad jeziorem Tahoe, malując wodę na odcienie fioletu i złota. W powietrzu unosił się zapach igieł sosnowych i wolności.
Siedziałem w fotelu Adirondack na tarasie domku. To nie był garaż. To była forteca samotności i spokoju.
Leo był na pomoście poniżej, zarzucając wędkę do wody. Śmiał się, rozplątując węzeł. Wyglądał zdrowo. Wyglądał bezpiecznie.
Podniosłem teczkę ze stołu obok mrożonej herbaty.
Temat: Mark Sterling.
Leave a Comment