Stała tam kobieta w koktajlowej sukience. Za nią kilkunastu gości tłoczyło się w drzwiach, zapominając o swoich drinkach.
Zobaczyli Marka leżącego na podłodze z krwią na twarzy. Widzieli „stary, bezużyteczny ciężar” klęczący na jego piersi z zimną precyzją kata.
„O mój Boże!” krzyknęła kobieta. „On go zabija! Zadzwoń na policję! Ten starzec oszalał!”
„Zejdźcie z niego!” krzyknął mężczyzna w garniturze, robiąc krok naprzód, ale zatrzymał się, gdy podniosłem wzrok.
Zignorowałem ich. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem czarny telefon satelitarny.
Rozdział 4: Eagle One Active
Wyciągnąłem grubą, czarną antenę. Zatrzasnęła się z satysfakcjonującym kliknięciem.
Nacisnąłem pojedynczy przycisk szybkiego wybierania zaprogramowany w urządzeniu.
Goście krzyczeli teraz, niektórzy wyciągali telefony, żeby nagrywać, inni cofali się w przerażeniu. Mark jęczał pode mną.
„Komenda” – odpowiedział mi ostry głos w uchu. Sygnał był krystalicznie czysty, omijając lokalne wieże komórkowe, odbijając się od satelity dwadzieścia tysięcy mil nad nami.
„Tu Eagle One” – powiedziałem. „Kod czerwony”.
Na linii zapadła cisza. Cisza, która niosła ze sobą ciężar dwudziestu lat tajnej historii.
„Generał Vance?” – głos operatora stracił mechaniczny spokój. Brzmiał oszołomiony. „Proszę pana, mamy pana na liście nieaktywnych. Offline”.
„Lokalizacja jest bezpieczna, ale wroga” – powiedziałem, wpatrując się w przerażoną, zakrwawioną twarz Marka. „Jestem na współrzędnych radiolatarni. Mam pod opieką cywilnego VIP-a. I mam w areszcie wrogiego bojownika”.
„Proszę pana, czy wzywa pan lokalne organy ścigania?”
„Nie” – warknąłem. „Lokalne organy ścigania są niewystarczające. Ten człowiek napadł na rodzinę czterogwiazdkowego generała. To sprawa federalna”.
Spojrzałem na gości. Zamilkli, obserwując, jak „stary szaleniec” mówi do cegły z lat 90.
„Wyślijcie ekipę ratunkową” – rozkazałem. „I sprowadźcie Żandarmerię Wojskową. Mam więźnia”.
„Zrozumiałem, Eagle One. ETA za cztery minuty. Ptaki w powietrzu”.
Zamknąłem telefon i schowałem go z powrotem do kieszeni.
Wstałem, trzymając but na piersi Marka. Spojrzałem na tłum imprezowiczów.
„Wszyscy na podłogę” – powiedziałem. „Teraz”.
To nie był krzyk. To było stwierdzenie faktu.
Mężczyzna w garniturze zawahał się. „Za kogo ty się uważasz?”
Zrobiłem krok w jego stronę. „To ja jestem tym, który teraz utrzymuje cię przy życiu. Na dół”.
Upadli. Nie wiedzieli, kim jestem, ale mózg gadzi rozpoznaje drapieżnika. Skulili się na dywanie, zasłaniając głowy.
Wtedy rozległ się dźwięk.
Tup-tup-tup.
Zaczęło się od wibracji w podłodze, a potem przerodziło się w ryk, który zatrząsł oknami w ich ramach.
To nie był wysoki pisk helikoptera telewizyjnego ani policyjnego helikoptera. To był ciężki, rytmiczny warkot Black Hawka.
Światła zalały podwórko, zamieniając noc w oślepiający dzień. Drzewa uginały się pod strumieniem wirnika.
Rozdział 5: Ewakuacja
Tylne drzwi, którymi Mark zatrzasnął przede mną zaledwie godzinę temu, eksplodowały do środka.
Leave a Comment