Pchnąłem wahadłowe drzwi.
Widok ten zmroził mnie. Żelazny Generał na sekundę się zawahał, a matka krzyknęła w mojej głowie.
Sara klęczała na czworakach.
Szorowała fugi między białymi kafelkami. Woda w wiadrze obok niej była różowa. Szmatka w jej dłoni była poplamiona na czerwono.
„Przepraszam, przepraszam, wyczyszczę to” – mamrotała, niczym urwana mantra przetrwania.
Jej twarz… twarz mojej pięknej dziewczyny była spuchnięta nie do poznania. Jej lewe oko było opuchnięte, fioletowo-czarne. Jej warga była szeroko rozcięta. Jej ramię było ułożone pod dziwnym kątem, zwrócone w bok.
Nie podniosła wzroku, kiedy wszedłem. Wzdrygnęła się, zwijając w kłębek, spodziewając się ciosu.
To nie było małżeństwo. To był obóz tortur.
Richard stał w kącie, niedaleko spiżarni. Trzymał kuchenny ręcznik i wycierał ręce. Wyglądał na zirytowanego, jakby miał do czynienia z upartą plamą, a nie z poobijanym człowiekiem.
„Upadła” – powiedział szybko Richard, szeroko otwierając oczy, gdy obserwował mój wygląd – kamizelkę, pistolet, zimną furię. „Jest niezdarna. Wiesz, jaka jest”.
Nie spojrzałem na niego. Podszedłem do Sary i ukląkłem na mokrej, zakrwawionej podłodze.
„Sarah” – wyszeptałem.
Zamarła. Powoli odwróciła głowę, a jej zdrowe oko szeroko się rozwarło.
„Mamo?” – wyszeptała. „Nie… nie powinnaś tu być. On… on cię skrzywdzi. Ma broń”.
Delikatnie dotknąłem jej ramienia. Drżała tak mocno, że szczękały jej zęby.
„Uspokój się, żołnierzu” – wyszeptałem, odgarniając kosmyk włosów z jej zakrwawionego czoła. „Wojna się skończyła”.
Wstałem. Odwróciłem się do Richarda.
Uśmiechnął się szyderczo, próbując odzyskać brawurę, przywołać arogancję człowieka, który nigdy nie poniósł konsekwencji.
„Wynoś się z mojego domu, ty stara, stuknięta wiedźmo” – warknął. „Albo wezwę policję. Każę cię aresztować za włamanie!”
Wyjąłem mojego Sig Sauera. Metal głośno zatrzeszczał w cichej kuchni.
„Policja działa zgodnie z prawem, Richard” – powiedziałem, unosząc broń. „Ja działam zgodnie z konsekwencjami”.
Wzrok Richarda powędrował ku blokowi rzeźnickiemu na blacie. Leżał tam nóż do steków.
„Nie rób tego” – ostrzegłem.
Rzucił się do przodu.
Jak na cywila był szybki, napędzany adrenaliną i wściekłością. Ale przeciwko Duchowi? Poruszał się w zwolnionym tempie.
Zanim jego palce zdążyły musnąć klamkę, z drzwi spiżarni za nim wyłonił się rozmazany ruch.
Duch – mój zastępca – rzucił Richarda twarzą o granitową wyspę.
ŁUP.
Richard krzyknął, gdy Duch wykręcił mu rękę za plecy, przykładając moment obrotowy do stawu barkowego.
Beatrice wbiegła do kuchni, rozczochrana i histeryczna.
„Wiesz, kim jesteśmy?” – wrzasnęła. „Połowa miasta należy do nas! Mamy prawników! Mamy sędziów!”
Zignorowałem ją. Podszedłem do Richarda, który był przypięty jak motyl. Złapałem go za włosy i odchyliłem mu głowę do tyłu, zmuszając go do spojrzenia mi w oczy.
„Nic ci nie jest” – powiedziałem. „Jesteś wrogim bojownikiem na moim teatrze działań. Dopuściłeś się tortur i bezprawnego zatrzymania”.
Przysunąłem się bliżej, pozwalając mu poczuć zapach oleju do broni.
Leave a Comment