Wyciągnął moją dłoń, tę samą dłoń, którą odepchnął kilka minut temu.
„Zrób coś! Powiedz im, że jestem niewinny! Powiedz im, że jestem dobrym człowiekiem!”
„Proszę pana, proszę się odwrócić” – warknął agent, chwytając Marka za ramię.
„Eleno, proszę!” – błagał Mark, opierając się. „Reprezentuj mnie! Jestem twoim mężem! Nie możesz pozwolić, żeby mnie zabrali!”
„Nie mogę cię reprezentować, Marku” – powiedziałam, a mój głos przebił się przez jego panikę.
„Tak, możesz! Jesteś asystentem prawnym, znasz formularze! Tylko załatwij mi kaucję!”
Powoli wstałam. Podniosłam torbę leżącą u moich stóp.
„Nie jestem asystentem prawnym, Marku” – powiedziałam.
Sięgnęłam do torby. Materiał pokrowca na ubrania był chłodny i ciężki w moich dłoniach. Rozpięłam zamek.
To.
Dźwięk zamka błyskawicznego rozbrzmiał głośno w nagłej ciszy przy naszym stole.
Wyciągnąłem czarną szatę. Ciężki jedwab opadł kaskadą, odbijając światło otoczenia. To był mundur najwyższej władzy w kraju.
Mark zamarł. Agent FBI zamarł.
Wsunąłem ręce w rękawy. Naciągnąłem szatę na ramiona i zapiąłem zamek błyskawiczny. Otulił mnie niczym zbroja, znajoma i dodająca siły. Na klapie marynarki lśniła złota szpilka z Pieczęcią Prezydencką.
Wyprostowałem się.
Dowódca agenta FBI przestał dręczyć Marka. Spojrzał na mnie, potem na szpilkę, a potem z powrotem na moją twarz. W jego oczach pojawiło się rozpoznanie. Widział briefingi prasowe. Wiedział, kto jest na krótkiej liście.
Dał znak swoim ludziom, żeby się wycofali. Wygładził krawat.
„Sędzia Vance?” – zapytał agent głosem pełnym podziwu. „Ja… nie wiedziałem, że pan tu jest, Wysoki Sądzie”.
Mark spojrzał na agenta, a potem na mnie, kompletnie zdezorientowany.
„Sędzio?” wyszeptał. „Co? O czym on mówi?”
Spojrzałem na Marka. Drżał z zimna, mały i żałosny w swoim lśniącym garniturze.
„Nie bronię przestępców, Marku” – powiedziałem, a mój głos dobiegł do końca sali, czysty i dźwięczny jak dzwonek. „Wydaję wyroki”.
Mark wpatrywał się we mnie, otwierając i zamykając usta jak ryba wyjęta z wody.
„Nominowany?” wykrztusił. „Do Sądu Najwyższego? Ale… składasz dokumenty”.
„Piszę opinie” – poprawiłem. „Interpretuję Konstytucję. A przez ostatnie dziesięć lat, kiedy pan bawił się w biznesmena, zasiadałem w Federalnym Sądzie Apelacyjnym. Po prostu nigdy nie pytał pan o mój dzień”.
Mark spojrzał na togę. Spojrzał na twarz kobiety, którą nazwał słabą. Z druzgocącą pewnością uświadomił sobie, że mieszkał z olbrzymką i traktował ją jak owada.
„Elena…” – jęknął. „Ja…”
Leave a Comment