Odwróciłam się.
Kobieta szła w kierunku naszego stolika. Była oszałamiająca – wysoka, blondynka, w czerwonej sukience, która kosztowała więcej niż mój samochód. Diamenty błyszczały na jej szyi i nadgarstkach.
Zmrużyłam oczy. Naszyjnik wyglądał znajomo. Podejrzanie przypominał zabytkowy wisiorek, który zostawiła mi babcia – ten, który „zaginął” z mojej szkatułki na biżuterię w zeszłym miesiącu.
Mark wstał. Nie przedstawił jej. Nie podał jej ręki.
Pocałował ją w usta. Tuż przede mną. Długi, namiętny, zaborczy pocałunek.
Restauracja zdawała się przechylać na drugą stronę.
„Elena” – powiedział Mark, siadając z powrotem i gestem wskazując kobiecie krzesło obok niego. „To Jessica. Mamy dla ciebie papierkową robotę”.
Zaparło mi dech w piersiach, gwałtownie wciągając powietrze, które smakowało zdradą. Spojrzałam z Marka na Jessicę, a potem z powrotem na Marka.
„Papierkowa robota?” – zapytałam niebezpiecznie spokojnym głosem.
Mark sięgnął do teczki i przesunął grubą, manilową kopertę po białym obrusie. Przewróciła solniczkę, rozsypując ziarenka niczym biały piasek na pościel.
„Wnoszę pozew o rozwód, Eleno” – powiedział głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji poza zadowoleniem i satysfakcją. Ścisnął dłoń Jessiki, splatając palce z jej palcami. „Biorę dom. Biorę oszczędności. Z Jessicą budujemy imperium, a ty jesteś tylko bezużytecznym balastem”.
Jessica się roześmiała. To był dźwięczny, sztuczny dźwięk, jak tłuczone szkło. Spojrzała na mnie zimnym, oceniającym wzrokiem.
„Nie martw się, kochanie” – wymruczała, pochylając się do przodu, tak że skradzione diamenty odbiły światło. „Jestem pewna, że jest w Queens ładna kawalerka, na którą cię stać za pensję asystentki prawnej. Mark potrzebuje kobiety, która rozumie władzę, a nie kogoś, kto zarabia na życie wypełnianiem dokumentów”.
Spojrzałam na nią. Naprawdę na nią spojrzałam. Widziałem w niej głód
W oczach desperacja maskowana arogancją. Zobaczyłem Marka, lekko spoconego pomimo swojego krzyku, myślącego, że w końcu wygrał na loterii.
Podniosłem papiery.
Nie płakałem. Nie krzyczałem. Lata praktyki prawniczej dały o sobie znać. Oderwałem się od rzeczywistości. Stałem się obserwatorem.
Przejrzałem pierwszą stronę. Był to bałagan.
„Mark” – powiedziałem, patrząc znad krawędzi dokumentu. „Twój prawnik źle napisał „powód” w pierwszym akapicie. I powołał się na precedens z 1984 roku, który został obalony w 2002 roku”.
Mark zamrugał, a jego uśmiech na sekundę zgasł. „Co? Kogo obchodzi pisownia? Przeczytaj regulamin!”
„Czytam je” – odparłem. „Ubiegasz się o alimenty na podstawie »przewidywanych przyszłych zarobków«? Mark, nie osiągnąłeś zysku od sześciu lat. Moja pensja pokrywa koszty twojego »biura«”.
„To się zaraz zmieni!” Mark uderzył pięścią w stół, brzęcząc sztućcami. „Jessica to wizjonerka! Mamy inwestorów! Mój sukces w biznesie zrujnuje twoją skromną pensję asystenta prawnego w sądzie. Zostawię cię z niczym!”
„Jesteś żałosny” – powiedziałem cicho.
„Przestań się wymądrzać!” krzyknął, czerwieniąc się. Głowy przy sąsiednich stolikach odwróciły się. „Jesteś niczym! Słyszysz? Niczym! Jesteś słabym, nudnym asystentem prawnym, który miał szczęście, że mnie znalazł!”
W restauracji zapadła cisza. Maître d’hôtel ruszył w stronę naszego stolika, wyglądając na zaniepokojonego.
Odłożyłem papiery na stół.
„Chyba skończyliśmy” – powiedziałem.
„Usiądź!” rozkazał Mark. „Podpisz te papiery teraz, albo dopilnuję…”
Leave a Comment